Cormac McCarthy, Rącze konie.


Ballada o pewnym uciekinierze

Długa, trudna i powikłana była droga Johna Grandy’ego, jaką przebył, by dotrzeć do tego smutnego momentu. Do chwili, do której prowadziło całe jego życie, a wszystko co później prowadziło już donikąd. John Grandy, chłopak, którego dusza została utkana ze staromodnego romantyzmu i kazała mu podążać drogą trzech koronnych wartości – miłości, wolności i natury – szybko został zmuszony do przełknięcia pigułki goryczy. „Gdzie jest twój kraj?” – spyta go przyjaciel u końca (a zarazem początku) podróży. „Nie wiem. Nie mam pojęcia gdzie” – odpowie Grandy. Przeszedł próbę i już wie, że świat na niego nie zaczekał. Oto nastąpił koniec pewnej epoki i początek nowej: epoki, do której Grandy nie potrafił się przystosować.

Bohater „Rączych koni” Cormaca McCarthy’ego (pierwszej części tzw. „Trylogii pogranicza”) to szesnastoletni chłopak, któremu odebrano coś naprawdę cennego – ziemię. To z niej wyszedł, na niej żył, ale teraz, po śmierci dziadka, jest zmuszony ją opuścić. Jego matka postanawia sprzedać ranczo, natomiast nieudolny i zagubiony ojciec nic na to nie potrafi poradzić. „Synu, nie każdy uważa życie na hodowlanym ranczo w zachodnim Teksasie za rzecz porównywalną z pójściem po śmierci do nieba” – będzie tłumaczył Grandy’emu. Ten zaś nie będzie zwlekał z decyzją. Wraz z przyjacielem wsiądą na konie i wyruszą na drugi brzeg Rio Grande w stronę bezkresnego, dzikiego Meksyku. Przez moment ucieczka od bezdusznej, wkradającej się w życie Teksańczyków cywilizacji, będzie wydawała się możliwa. Nie wszystko jednak pójdzie zgodnie z planem.

Romantyczne i honorowe działania Johna Grandy’ego tworzą sylwetkę chłopaka dojrzałego i niedojrzałego jednocześnie. Jego mężne i odważne decyzje z jednej strony będą godne podziwu, z drugiej natomiast wpędzą go w niemałe tarapaty. Jak się okazuje, pragmatyczny do bólu świat nie jest już miejscem dla bohaterów, kowbojów z zeszłej epoki. Grandy wyciągnie pomocną dłoń wtedy, gdy rozsądek podpowie, by ją wycofać. Potem wda się w ryzykowny romans, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywać będą, że to ślepa uliczka. Podejmowane pod wpływem podszeptów serca decyzje będą się na nim w przyszłości nieustannie mścić, zaburzą porządek rzeczy, każą mu zmierzyć się z prawdziwym okrucieństwem. Czy można jednak winić kogokolwiek za honor? Namiętną duszę? Marzenia? Niestety, nowy świat, po którym ludzie coraz częściej podróżują cadillacami, a rzadziej dosiadają konie, potrafi być okrutny dla takich jak John Grandy – prawdziwych marzycieli.

„Rącze konie” (2000) – kadr z filmu

Cormac McCarthy podszywa tę historię nieukrywaną nostalgią. Więcej tu namiętności, zrywów duszy i romantyzmu niż w pozostałych jego książkach. Mniej za to zła. A jednak nie jest to wesoła opowieść. John Grandy jako reprezentant dawnych wartości skazany jest na same niepowodzenia. Choć odnosi drobne zwycięstwa i w spektakularny sposób wygrywa bitwy (doczeka się szacunku i zakochanego spojrzenia pięknej dziewczyny), w ostatecznym rozrachunku będzie musiał złożyć broń. Na sam koniec historii McCarthy każe mu stanąć naprzeciwko mądrego sędziego i rozliczyć się ze wszystkich swoich decyzji i postępków. Te jednak, mimo że zwykle nie przynosiły pożądanych skutków, nie będą zasługiwać na potępienie, a raczej na podziw.

„Rącze konie” (2000) – kadr z filmu

Wszyscy chyba pamiętamy tę piękną i poruszającą scenę nakreśloną ręką naszego noblisty, Władysława Reymonta, w której stojący u progu śmierci stary Boryna wyrusza w pole, by siać. „Potykał się o skiby, plątał we wyrwach, niekiedy nawet przewracał (…) Szedł aż do krańca pól, gdy mu ziemi zabrakło pod ręką, nowej nabierał i siał, a gdy mu drogę zastąpiły kamionki a krze kolczaste, zawracał”. Maciej Boryna – pełen godności i szacunku dla natury, prawdziwy przywódca, nierozerwalnie związany z ziemią mądry gospodarz – gdyby urodził zbyt późno, nie odnalazłby swojego miejsca na świecie. John Grandy, jeśli by pomyślał o śmierci, na pewno chciałby umierać tak jak Boryna. Niestety przyszedł na świat nie w tej epoce, która była mu przypisana.

Cormac McCarthy, Rącze konie, tłum. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Dorota Jędrzejewska

Cormac McCarthy, Krwawy południk. Recenzja


De donde viene?

Anioły z nieba wysokiego, te wyznaczone do Departamentu Literatury, pracujące w dziale Beletrystyka tuż przy pokoju aniołów-eseistów i aniołów-poetów są przekonane, że bardzo różne powieści powstają tylko dlatego, że ludzie je czytający są tak samo bardzo różni. Ale zaraz po tym dodają nieco przewrotnie, że pomimo tego, iż bardzo różne powieści powstają dla odmiennych ludzi, tak naprawdę dotyczą tego samego: tego co jest najważniejsze.

Nie znam się na niebiańskich sprawach, za to wiem, że „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego to powieść dla postnowoczesnych hippisów – ludzi szukających przede wszystkim drogi. Pomimo różnych, czasem zresztą dosyć sprzecznych ze sobą podpowiedzi autora, trudno szukać tu obiektywnych prawd etycznych. Nie ma absolutnego dobra, nie ma absolutnego zła. Jest absolutna droga. Droga, na której człowiek znajduje się bardzo często z przypadku, z „tak wyszło”, z ciekawości, z umiłowania wolności. Szlak kusi, mamiąc fantasmagorycznymi krajobrazami, coraz bardziej intryguje życie pełne wolności, pełne samostanowienia. Aż w pewnym momencie przekracza się granicę i nie można już wrócić do tego „gdzieś tam z kiedyś”. Ale również i ja zapytam, przewrotnym zwyczajem zapożyczonym z wyższych niebiańskich sfer, kto nie ma swojej drogi, wolności i granic? Kto z nas nie gna do przodu, nosząc w sobie mniej lub bardziej wyidealizowany obraz przeszłości, dobrych czasów, osób i wydarzeń? Dlatego powieść potencjalnie może zainteresować szeroki krąg czytelników.

McCarthy drobiazgowo rekonstruuje świat Dzikiego Zachodu. Czyni to rzetelnie, brawurowo, ze swadą oddając cały koloryt tamtych czasów, także w opisach krajobrazu, ale (co nie tak oczywiste) wbrew pozorom bardzo lirycznie. Powstaje w ten sposób gatunkowo męska literatura, western wyposażony we wszystkie swoje atrybuty, a zarazem opis świata magicznego, może nawet idyllicznego. Gdzie oprócz ludzi „wyjętych spod prawa”, Indian, zagubionych na końcu świata górników lub farmerów odnajdujemy anachoretów rozważających sens istnienia świata w ziemiance na pustyni.

Jak zdobyto Dziki Zachód (1962)

Świat ten nie składa się tylko z ludzi; równie istotną jego część stanowi przyroda, to zdaje się nie być li tylko scenografia, lecz coś więcej. Patrzymy najczęściej na ten świat z punktu widzenia mężczyzny dosiadającego swojego wierzchowca. Czasem pragnącego zagrzać się przy bardziej dymiącym niż płonącym ognisku na dalekiej prerii. Nieczęsto zażywającym pewnych nieuniknionych przyjemności w saloonie lub w ciasnych pokoikach nieco wyżej z okazyjnymi kobietami i potem za często myślącym, i tęskniącym za tymi miasteczkami posiadającymi wystarczająco dużo whisky, partnerów do zawadiackich rozrób i dziewcząt na tyle odważnych, by tam wytrzymały. Oczami mężczyzn zawsze uzbrojonych, groźnych, nieobliczalnych, pragnących ponad wszystko czynić „po swojemu” (jak ujmuje to Sędzia: „Wolność ptaków to dla mnie zniewaga” ).

Bohaterowie „Krwawego południka” doświadczają również dni większej chwały (gdy nie tylko władza wdzięczna za wory pełne indiańskich skalpów podejmuje ich uroczystym obiadem, ale i zwykła ludność nadstawia nader chętnie młode kobiece lica wdzięczna za wybawienie od strachu), choć częściej przydarzają się im mniej optymistyczne okoliczności. Można odnieść wrażenie, że szlak postaci „Krwawego południka” (naznaczony krwawą smugą i mdłym zapachem licznych skalpów zdartych nie tylko z indiańskich głów przez ludzi wyjętych spod prawa, choć początkowo temu prawu służących, ludzi może i wykorzystanych i zagubionych, lecz złych nie tylko ze swojej natury, a również z okoliczności, znowu jakby z przypadku, ludzi wykolejonych, na pewno zdeprawowanych, ale jednak posiadających jakieś nawyki moralności, co prawda dość oryginalne i nieco odległe od powszechnych kanonów etycznych) to droga coraz dłuższa, jakby bez końca, coraz mniej rzeczywista, tak naprawdę prowadząca do szaleństwa przeszłości: zdziczenia.

Taka barbaryzacja powodowana coraz większą ilością atawizmów, wzmagana coraz bardziej dzikim, nieprzyjaznym człowiekowi i niepojętym w swej okrutnej obojętności otoczeniem. Z upływem drogi i czasu nadchodzi zima, by w żywiole mrozu i śniegu pochłonąć nieszczęsną kompanię. Ale to tylko złudzenie, taka kompania nie ginie, czasem przekształca się, fluktuuje, adaptuje do nowych warunków i potem może nieco zmieniona, ale jednak pędzi dalej w bezkres. Tam gdzie horyzont, albo tam gdzie ktoś jeszcze coś od niej chce, albo tam gdzie jest złoto, tam gdzie są kobiety lub tam gdzie można być sobą, swoje prawa stanowić… Zresztą nie ma uzasadnienia, nie ma powodu, jest droga, do przodu, do nowego. Zdają sobie z tego sprawę sami wędrujący.

Przekorność postmodernizmu pozwala wyzbyć się niepotrzebnego patosu oraz unikać zużycia nieco już przestarzałych konwencji, a ta prosta opowieść o nieskomplikowanym życiu kowbojów (a w zasadzie bandy płatnych morderców) w drugich i trzecich sensach sięga do głębszych warstw świadomości czytelnika, i tam rozgościwszy się wygodnie, powoduje pewnego rodzaju ferment. Czynimy pararele gdzieś tam w środku samego siebie, pomiędzy tamtym światem jeźdźców przemierzających pustkowia Meksyku i Teksasu w pogoni za indiańskim skalpem lub w ucieczce przed mogącym dosięgnąć ich zagrożeniem, a rzeczywistością, w której sami funkcjonujemy (każdy z nas przecież w końcu dokonuje czegoś okrutnego i każdy z nas posiada pewna dozę strachu).

Te dwie odległe scenografie nie są tak naprawdę istotne, bo liczy się życie, a w nim sytuacja jednostki. Mówiąc kolokwialnie i żartobliwie, liczy się nie to, jaką idziemy drogą (czy spotykamy na niej kowbojów i Indian zagubionych na prerii czy co dzień rano jedziemy o tej samej godzinie do tej samej pracy, by mieć konflikty z wciąż tymi samymi biurowymi znajomymi), ale to jak potrafimy tę drogę „ogarnąć”. I może jeszcze jedno jest istotne: czy jesteśmy świadomi siebie, drogi i swojej wolności.

Cormac McCarthy, Krwawy południk, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

Dominik Śniadek

Cormac McCarthy, Suttree. Recenzja


Karawana wyrzutków z miejscowym znieczuleniem

„(…) wbrew normom przystającym osobie o pańskim statusie społecznym odwiedzał pan różne podejrzane miejsca w dzielnicy McAnally, gdzie zmarnował pan kilka kolejnych lat w towarzystwie złodziei, bezdomnych, niegodziwców, pariasów, tchórzy, nicponi, gburów, prostaków, morderców hazardzistów, rajfurek, kurew, sprzedajnych dziewek, zbójów, pijaków, moczymordów, opojów i arcyopojów, gamoni, kobieciarzy, renegatów, hulaków, a także innych rozmaitych przestępczych rozpustników.

Byłem pijany, zawołał Sutree.”

Powyższe słowa doskonale ilustrują, z jakiego rodzaju bohaterami mamy do czynienia w uznanej z najzabawniejszą powieść w dorobku Cormaca McCarthy’ego pt. „Suttree”. Na długich 650 stronach przetacza się tu cały, barwny korowód różnego rodzaju brzydkich, brudnych, wynaturzonych, karykaturalnych wyrzutków. Pośród nich natomiast funkcjonuje nasz tytułowy bohater – mimo że taki sam, to jednak inny. Suttree żyje na marginesie – mieszka w rozpadającym się domu na wodzie, łowi ryby, włóczy się po dalszej i bliższej, mało przyjaznej okolicy, jest krzepki i silny, choć odrobinę zamyślony, od czasu do czasu przesadza z whisky. Od swoich kompanów odróżnia się bystrością umysłu, dystansem, swoistą mądrością. Skoro jest inny, to co tu robi?

Przeszłość Suttree’go nie jest wyjaśniona do końca. Wiadomo tyle, że pochodzi on z rodziny o wyższym statusie społecznym. Na przekór światu postanawia jednak zupełnie się od niej odciąć – zrywa kontakt z matką, chowa nienawiść do ojca, dawne lata życia wymazuje z pamięci. Dlatego też ląduje tu, na obrzeżach życia, wśród odpadów i złomu, w świecie spod ciemnej gwiazdy – jako świadomy wykolejeniec i degenerat. Cormac McCarthy konstruuje szkielet powieści z epizodów tułaczego życia Sutree’go – równie dobrze mógłby to być zbiór opowiadań.

Akcja nie zmierza tu donikąd, nie ma wyraźnego celu, trudno wyłuskać wyraźną linię fabularną. Ot, strzępy życia na smutnych peryferiach – przygody, dramaty, pogrzeby, bójki w barze, romanse, przypadkowe spotkania. Mieszając gawędziarskie opowieści, McCarthy żongluje równocześnie konwencjami. Raz zmusza nas do śmiechu, opowiadając historie o poczciwym głupku i kombinatorze o imieniu Harrogate, innym razem poprowadzi nas ścieżką awanturniczej przygody, by potem wejść w stylistykę mrocznej, nastrojowej prozy na granicy snu i jawy.

Suttree_Marc_LeitzelPodstawowy składnik prozy McCarthy’ego, z którym zdążyliśmy się już oswoić, czyli bezpardonowe przedstawianie zła i ohydztwa gnieżdżącego się w człowieku, znajdziemy i tutaj. Z jedną różnicą – tym razem autor znieczula nas humorem. To znieczulenie działa bez zarzutu, bo choć czytamy o nieprzeciętnych nicponiach i patologicznych sytuacjach, jednocześnie śmiejemy się sami do siebie. Lubimy tych bohaterów, odczuwamy sympatię do tego miejsca, mimo że nie jest przyjazne. Zaskoczył nas wszystkich McCarthy, udowadniając, że i on potrafi sprawnie operować humorem sytuacyjnym, prowadzić swobodne, podszyte żartem dialogi, tworzyć rasowe postacie komiczne. Nadużyciem jednak byłoby określenie całej tej książki jako zabawnej. McCarthy nie pozwala zbyt często się uśmiechać przy lekturze, a komiczne sytuacje dozuje z ostrożnością. Nie pozuje na kawalarza, a jego proza wciąż w dużej mierze jest posępna i trochę straszna.

Jest również pięknie napisana. Od czasów „W ciemność” czy „Dziecięcia bożego” język McCarthy’ego stał się jeszcze bardziej soczysty – niebanalna metafora, bezbłędnie budowany nastrój, sztuka subtelnej refleksji czy lekko poetyckiego opisu daje prawdziwą przyjemność czytania. Z ogromną ciekawością przenosimy się z głównym bohaterem w różne ciemne i podejrzane miejsca, ciesząc się nie tylko „giętką”, ciekawą opowieścią, ale i świetnym warsztatem. Niczym natchniony impresjonista, pisarz ten potrafi namalować obrazki dzikiej i złowrogiej przyrody, w dwóch zdaniach uchwycić niezwykły moment – miejsce, scenkę rodzajową czy całą porę roku. Szczególnie wrażliwy na naturę, lirycznie, choć prosto, ujmuje w kadry epizody z życia zataczającego kręgi świata, wtłaczając w to tło człowieka – słabszego, mniejszego, brzydszego niż las, niebo, wiatr czy ptak.

Wiele w tej książce melancholii. Trochę innej niż ta, do której przywykliśmy. Mniej romantycznej, bardziej gorzkiej. W nieprzystosowaniu do świata naszego głównego bohatera, w jego bądź co bądź odważnej ucieczce na margines, wyczuwamy żal do świata, niechęć do jego kształtu. Mimo radosnego uśmiechu podczas następnej kolejki przy barze, dobroduszności ukrytej gdzieś pod grubą skórą, zauważamy bezcelowość działań i głęboki smutek. Suttree widział więcej i więcej też rozumiał. Dlatego uciekał – niewesoła to refleksja, podsumowująca przecież w miarę zabawną książkę.

Cormac McCarthy, Suttree, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

 Dorota Jędrzejewska

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi. Recenzja


Płomyk pełgający na stosach trupów
i pneumatyczny pistolet do uśmiercania bydła

Obraz ponurej rzeczywistości pogranicza USA i Meksyku w 1980 roku. Rzeczywistości handlarzy narkotyków, dilerów, przemytników, strzelanin, krwawych porachunków, zdeprawowanej młodzieży i starców, na dnie pamięci których kołacze się plątanina wspomnień i wyrzutów. Nia ma co się łudzić, że znajdzie się tutaj miejsce na familijne ciepło, normalne dorastanie, sukcesywne wdrażanie do społecznych mechanizmów, potencjalną choćby przewidywalność, a nawet kojącą szarość. „To nie jest kraj dla starych ludzi” roztrzaskuje amerykański sen na kawałki. Życie w powieści Cormaca McCarthy’ego zaczyna się bez ostrzeżenia i bez ostrzeżenia może się zakończyć. Szkopuł w tym, że „ten kraj zabija człowieka w mgnieniu oka, a mimo to ludzie go kochają”.

Llewelyn Moss jeszcze jako dzieciak trafia na wojnę do Wietnamu, zaś po powrocie zmuszony jest stawać na baczność twarzą w twarz ze swoją traumą. Jako weteran po trzydziestce (czyli co drugi zdrowy młody człowiek) wiedzie życie bez przyszłości, pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i planów.

„Nie chodzi o to, gdzie się jest, ale o to, że chcesz tam dotrzeć, nie zabierając nic ze sobą. Tak według ciebie wygląda zaczynanie życia od początku. Wszyscy tak to sobie wyobrażają. Ale nie zaczniesz od początku. Wszystko, co robisz, ciągnie się za tobą” – powie w trakcie ucieczki, ciągnąc za sobą w jednym worku traumę Wietnamu i Ameryki.

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-2

Podczas przejażdżki po okolicznym pustkowiu natrafia przypadkiem na krwawe teatrum, pozostałe po porachunkach narkotykowych karteli. Na miejscu znajduje kilka trupów, narkotyki i torbę z biletem do lepszego świata – dwoma milionami dolarów w używanej gotówce. Zabiera pieniądze, próbując załapać się na pociąg do tego swojego lepszego świata wraz ze swoją nastoletnią żoną Carlą Jean. Na marzenia trzeba jednak ciężko zapracować, więc w pościg za nim ruszają bardzo źli ludzie.

Najbardziej przerażającą postacią, która podąża w trop za Llewelynem, jest Anton Chigurh. To człowiek-widmo, „niewidzialny”, bezlitosny morderca na usługach samego diabła posługujący się pneumatycznym pistoletem do uśmiercania bydła. Nawet jego żelazne zasady, na których buduje swoją tożsamość, są odrażająco nieludzkie. To istota skażona czystym złem, w umyśle której nie ma miejsca na rozważania nad istotą życia ludzkiego. Dla Chigurha warte jest tyle, co rzut monetą, co orzeł albo reszka pacnięte na przedramieniu.

„Chcesz, żebym postąpił wbrew sobie, ale ja nigdy nie mogę tego zrobić – wyjawi Chigurh jednej ze swoich ofiar. – Większość ludzi nie wierzy, że taki człowiek jak ja istnieje. Czy można coś pokonać, jeśli nie chce się uznać, że to coś istnieje?”

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-1Śladem Chigurha i Llewelyna próbuje podążać szeryf Bell – starzejący się stróż prawa, dokładający wszelkich starań, aby stać na straży spokoju prowincjonalnego miasteczka. Pełni on również w powieści rolę szczątkowego narratora, przybliżając historię swojego życia, dzięki czemu poznajemy jego słabości, błędy młodości, prostolinijny charakter, targające nim wyrzuty sumienia oraz poczucie sprawiedliwości, które stawia ponad własne życie.

Pomiędzy Chigurhem i szeryfem Bellem rozgrywa się morderczy wyścig o duszę Llewelyna Mossa, który pochłania wiele niewinnych istnień. Szeryf nie ma szans w tym nierównym pojedynku Dobra ze Złem, a mimo to nie baczy na swoją ułomność, nie kalkuluje, tylko krok po kroku wykonuje swoje zadanie. „Istnienie diabła tłumaczy wiele rzeczy, które inaczej trudno wytłumaczyć” – powiada.

To właśnie szeryf Bell jest w powieści McCarthy’ego płomieniem nadziei, który choć nie pozwala się ogrzać, rozświetla na chwilę mrok i pozwala określić właściwy kierunek drogi. Jest uosobieniem postawy „bo tak trzeba”. Tak trzeba. Nawet jeżeli to nie jest kraj dla starych ludzi, gdzie coraz szybciej zapada nieprzenikniony mrok.
U McCarthy’ego rzadko pojawiają się tak mocne jak tutaj symbole dobra, apoteoza bohaterstwa, a nawet ślady Boga – pełgające na stosach trupów, pachnących narkotykami, krwią i utraconą młodością, ale jednak.

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, przeł. Robert Bryk, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

Rafał Niemczyk

* W 2007 roku bracia Coen dokonali wiernej ekranizacji powieści Cormaca McCarthy’ego pod tym samym tytułem. Film uhonorowano czterema Oscarami: za najlepszy film, reżyserię, scenariusz adaptowany oraz najlepszą rolę drugoplanową Javiera Bardema (jako Chigurh, oklaski). Abstrahując od tego, czy powieść została napisana, jak niektórzy sądzą, jako skrypt do filmu, co potwierdza jej literacka konwencja niepodobna do McCarthy’ego (mnóstwo dialogów, wyraźny podział na rozdziały, struktura czarnego kryminału, poszatkowanie akcji w celu budowania napięcia), trzeba przyznać, że bracia Coen jak zwykle spisali się bez zarzutu.

Cormac McCarthy, W ciemność. Recenzja.


Męka w świetle słońca

Podczas jednej z niezwykłych podróży Swiftowski Guliwer trafił na wyspę zamieszkałą przez ludzi olbrzymów. Będąc w ich skali maciupeńkim, miał niepowtarzalną okazję przyjrzeć się człowiekowi całkowicie z bliska, obejrzeć z niezwykłą dokładnością jego skórę, zaciągnąć się jego intensywniejszym w tej dysproporcji zapachem. I wtedy ogarnęło Guliwera ogromne obrzydzenie. Człowiek w przybliżeniu okazał się odrażający, cuchnący, nieestetyczny – jego skóra pełna koszmarnych plam i brodawek. Guliwer podczas swoich dalekich podróży odkrył więc prawdę o nas samych. Nie tylko tą związaną z naszą wstrętną powierzchownością, ale i wstrętem naszego charakteru.

Ludzie skarleni, odpychający i zwierzęcy – to bohaterowie powieści Cormaca McCarthy’ego pt. „W ciemność”. Takich ludzi nie da się pokochać, polubić, to wyrzutki – przerażają, budzą odrazę. Nie budzą za to współczucia. Są zwierzęcy, brzydcy i obłąkani. Daleko im do szlachetnego piękna. Swift byłby zadowolony.

Dark-forest (tumblr.com)McCarthy tym razem opowiada historię rodzeństwa – Rinthy i Holme’a. Ci mieszkają gdzieś na końcu świata, w siermiężnej chacie na skraju lasu. Są prości i wiejscy. Rinthy w spartańskich warunkach rodzi syna. Holme, w tajemnicy przed siostrą, porzuca chłopca w lesie, udając że dziecko zmarło. Dziewczyna desperacko, bez grosza, bez dorobku, samotna i nieporadna, wyrusza na poszukiwanie synka. Holme, chcąc odnaleźć siostrę, opuszcza chatę tuż po niej. Opis wydeptanych przez tę dwójkę szlaków oraz napotkanych przez nich dziwactw i strachów stanowi fabułę powieści. Rodzeństwo napotykać będzie ludzi wynaturzonych i strasznych. Ci często będą chętni, by pomóc włóczęgom. Nigdzie jednak dwójka bohaterów nie zazna ciepła, nie schroni się w bezpiecznym kącie. Krok w krok za nimi będzie podążała jakaś ponura tajemnica – każe uciekać w mroczną ciemność. Tak mroczną jak oni sami. Świat McCarthy’ego jest naprawdę nieprzyjazny.

To świat, który umiera. Uczucie upału i duszności potęguje tu wrażenie rozkładu i gnicia. Gnije świat ludzi – towarzyszy mu woń stęchlizny, pleśni, zapach zwłok. McCarthy pisze: „pod markizami sklepowymi ludzie przemykali z cienia w cień po jasnej, rozpalonej popołudniowym słońcem glinie, powłóczając nogami i poruszając się w oślepiającym żarze niczym wyrobnicy, jak przez sen, oszołomieni, bez żadnego celu”. Wydłużone w czasie uczucie bólu, spleen i niepokój intensywnie towarzyszą bohaterom. Wszystkich tu zalewa morze czarnej żółci.

W przeciwieństwie do świata ludzkiego, rzeczywistość natury i przyrody jest tu bardzo wybujała, nieskrępowana, tryska życiem. Jej opisom McCarthy poświęca wiele miejsca. Podążamy zatem wraz z bohaterami dróżkami różnej maści, szosami, obmywamy się w rzeczkach, słuchamy śpiewu ptaków w otoczeniu pól, polan, zieleni lasów. Przyroda nie jest jednak ostoją dla zbłąkanego człowieka. Jest wroga. Rwąca rzeka nie pozwala bezpiecznie dopłynąć na drugi brzeg, rozwścieczony koń cwałuje prosto na człowieka, w tabunach świń, jak w Ewangelii, czają się nieposkromione, oszalałe demony.

McCarthy-Outer-darkMcCarthy nie daje nam wniknąć w myśli bohaterów. Nie znamy motywów ich postępowania. Są dla nas obcy, dziwaczni, na granicy obłędu, przypominają manekiny, nic nieznaczące kukły wyzbyte autentycznych emocji. Są także smutni. My, jako czytelnicy, nie smucimy się z nimi. Są dla nas zbyt straszni, by im współczuć.
Wędrówka bohaterów sprawia natomiast wrażenie zupełnie bezcelowej, mimo że przecież jej cel już na początku został określony bardzo jasno. Wszak: „po co miałby widzieć drogę ten, co go na nią posłano?”. Zatrzymani w bezczasie krążą w baśniowym letargu. Cała fabuła jest senna – autor podsuwa nam jedynie kontury, symbole, obrazki. Niewiele opowiada. Nie jest gawędziarzem.
Mimo tego potrafi utrzymać nas w napięciu, od czasu do czasu przerażając koszmarnymi scenami, gotyckimi straszakami, gdzie dziecko bez oka łypie na nas groźnie, a przy drodze straszą wisielce. Rodzaj napięcia, które buduje McCarthy, jest całkiem inny od tego, znanego ze standardowych powieści grozy. Odgrywa się bowiem na drugim planie, brak tu jakiejkolwiek nachalności. Niby jest celowym zabiegiem, ale sprawia wrażenie niezamierzonego chwytu – przemycane po cichu pięknie skonstruowaną frazą lub mrocznym porównaniem. Tu plusk fal to „plątanina wariatów w zakładzie zamkniętym”, a ludzie „sprawiają wrażenie przybyszy z grobu, wstających czasem z martwych na ziemiach spustoszonych przez zarazę”. Niektórzy odnajdą w tych porównaniach przesadę, inni zachwycą się wysublimowanym, słowiarskim smakiem autora.

Minimalistyczna proza McCarthy’ego potrafi ciążyć. Mimo że autor jest wybitnie oszczędny w słowach, to jej treści są bardzo zagęszczone. Pisarz pokazuje fragment świata, który mógłby się wydawać zupełnie nieludzki, fantastyczny, daleki od realności. Tymczasem to tylko złudzenie. McCarthy umiejętnie sięga po ciemną stronę nas samych. Jonathan Swift ponad trzysta lat temu ze wstrętem utożsamiał ludzką rasę ze zwierzętami. Dzisiaj człowiek McCarthy’ego stoi znacznie bliżej zwierzęcia niż człowieka. Wstręt, którym go obdarzamy, może przerazić nas najbardziej.

Cormac McCarthy, W ciemność, tłum. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

 Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: