Tony Sandoval, Doomboy. Recenzja.


Z dziurą zamiast serca

To były czasy. Te letnie, przyjemne wieczory, kiedy pod ścianą lokalnej knajpki siadało się z ciepławym piwem i znajomymi. Marzyło się wtedy głośno, choć nieco naiwnie, serce miało się gorące i podchmielone, chciało się coś robić, lecz nie bardzo wiadomo było co. Zapach lata, wydłużone cienie, pryszczate twarze rówieśników, którzy nie nosili nazwisk, tylko ksywki, smutek zmieszany z przesadną ekscytacją – całkiem przyjemnie było mieć naście lat. Ten, kto to pamięta, uśmiechnie się już na widok pierwszych kadrów „Doomboya”. To tu, nad gładkim i zimnym papierem, unosi się autentyczna melancholia tamtych dni. Nie do końca wyidealizowana, trochę pryszczata właśnie, znajdująca swoją poetyckość między siarczystym „kurwa, stary!” a rozlanym podczas koncertu browarem.

Bohaterem „Doomboya” jest Id, nastoletni fan metalu z przydługą grzywką. Jego największym marzeniem jest podpisać kontrakt na płytę. Chłopak nie powala jednak ani umiejętnościami, ani wizerunkiem, jest totalnie przeciętny i przezroczysty towarzysko. I to akurat jemu, wątłemu i cierpiącemu na nadmiar wyobraźni wrażliwcowi, przytrafia się rzecz straszna. Umiera Ania, jego ukochana. To natomiast, jak można się domyślić, pozostawi po sobie dotkliwe straty. Teraz nasz Doomboy zamiast serca ma dziurę, w głowie natomiast mętlik i głęboką rozpacz.

To nie tajemnica, że ból potrafi być natchnieniem, inspiracją, przełożyć się na sztukę. Cóż zatem mógłby zrobić w tak smutnej chwili Id, jak nie sięgnąć po gitarę? Robi to więc, a do towarzystwa bierze kumpla. Teraz zagra tak, że świat oniemieje – wydobędzie z instrumentu najpiękniejsze z możliwych dźwięki, które z rozpaczą i wrażliwością, uczuciem i ogromem emocji wzbiją się hen wysoko w chmury, być może dotrą do uszu Ani. Próba wysłania w przestrzeń muzycznej intymnej wiadomości ma jednak nieoczekiwane skutki – dźwięk jakimś cudem dociera do masy słuchaczy. Z przeciętnego chłopaka o zasępionym obliczu Id staje się tajemniczym bohaterem, niemalże ikoną, bożyszczem tłumu i obiektem zazdrości. Wcale jednak tego nie chce.

Opowiadając tę historię, Tony Sandoval zawędrował gdzieś w pobliże granicy banału. I choć pospacerował tam przez chwilę, na szczęście jej nie przekroczył. Udało mu się za to bez zarzutu wyważyć losy Doomboya, emocje wprowadzając z wyczuciem i łagodnością, skutecznie przy tym zmiękczając swojego czytelnika. W opowieść o młodym metalowcu z początku wsiąka się jedynie delikatnie, by potem – już przy pierwszej zaskakującej i jednocześnie chwytającej za serce zagrywce autora – poczuć się kupionym. Sandoval świetnie w swoim komiksie operuje niespodziankami, wyposażając z pozoru zwyczajną historię o nastolatku nieoczekiwanymi fantastycznymi wtrętami. Te z kolei pięknie współgrają z główną linią fabularną, osobowością bohatera i budowanym od początku klimatem.

Nie zabrzmi to oryginalnie, gdy napiszę, że przyjemność lektury jest tu w dużej mierze oparta na bajecznych rysunkach. Najwięcej zachwytu dostarczają chyba te gigantyczne, ujęte w wielkich, nawet całostronicowych kadrach. Potwory, przestrzenne krajobrazy (zainspirowane m.in. twórczością H. P. Lovecrafta), no i oczywiście charakterystyczne postacie z przydużymi głowami i wyrazistą mimiką, nadają opowieści wyjątkowej aury, takiej trochę nie z tego świata, wykrzywionej, karykaturalnej, a jednak łagodnej i przyjaznej. Sandoval łączy opowieść z siłami natury – wciąż eksponuje niebo, a wiatrowi każę dąć ile pary w płucach, tak jakby właśnie z wiatrem miały się unosić dźwięki gitarowej muzyki. Targane wiatrem są też emocje głównego bohatera.

„Doomboy” to komiks totalnie ujmujący. Wbija się w łaski czytelnika swoją szczerością i przyjemną prostotą. Otwiera drzwiczki do delikatnego, tęsknego świata, zaprawionego metalową muzyką. Częstuje nas kawałkiem wspaniałego popisu wyobraźni. To wystarczy, by na długo zapaść nam w pamięć.

Tony Sandoval, Doomboy, tłum. Katarzyna i Małgorzata „Margo” Sajdakowskie, wyd. timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje). Recenzja.


Skrzynka HPL-a, czyli rozsądna niestałość poglądów

Samotność samotnika z Providence została w świadomości czytelników powszechnie usankcjonowana być może w tym samym momencie, co jego twórczość, klasyfikowana z biegu w obrębie horroru czy fantastyki naukowej, względnie – przez znawców gatunku – jako weird fiction. Oczywiście jedno i drugie jest po części prawdą, jednak samotność samotnika, który w ciągu swojego (skądinąd dość krótkiego) życia napisał około 80 tysięcy listów, liczących nierzadko po kilkadziesiąt stron, jest samotnością tak samo dziwną jak jego opowieści. Howard Phillips Lovecraft, jeden z prekursorów science fiction w jej straszących odmianach, twórca kultowej mitologii Cthulhu, śledczy pradawnych bóstw, podjudzający potężne demony, zdekonspirowany po latach autor bluźnierczego „Necronomiconu”, myśliciel i filozof, autorytarysta, zdeklarowany ateista, człowiek bezwzględnie przywiązany do nieomal feudalnych, konserwatywnych wartości arystokratycznej Nowej Anglii, a więc, niejako siłą rzeczy, wyznający nierzadko poglądy rasistowskie.

Marek Wydmuch, ekspert od biografii i twórczości pisarza, zwraca uwagę na sprzeczność tych zasad i „duchowej elegancji” Lovecrafta – który sam o sobie mawiał najchętniej jako o „pełnym poczucia własnego arystokratyzmu gentlemanie z okresu kolonizowania wschodniego wybrzeża w XVII wieku” – z marnymi warunkami materialnymi, w których przyszło mu żyć. Paradoks, wobec którego HPL był raczej bezsilny (jako pisarz zarabiał rzadko i raczej mizernie), choć tak po prawdzie do pieniędzy i majątku nigdy go nie ciągnęło.

Providence (rys. Kaja Kasprowicz)

Wszystko to składa się w jedną arcyciekawą osobowość, przy czym HPL potrafi intrygować polemiką nie tylko z rozmaitymi korespondentami, ale i z własnymi poglądami, tymi konserwatywnymi i kontrowersyjnymi również. „Co by nie mówić o rasizmie Lovecrafta (…) – pisze we wstępie tłumacz, Mateusz Kopacz – nie można zaprzeczyć, że w większości kwestii był to człowiek poszukujący, rozwijający się. Na przestrzeni całej książki widać to wyraźnie (…), więc może się zdarzyć, że obok siebie wypowiada się dwóch kompletnie różnych Lovecraftów”. Niebywale owocna korespondencja pisarza była poniekąd próbą zaspokojenia niedostatków intelektualnych debat i wymiany myśli, do których lgnął, zamknięty w czterech ścianach, mimo że nie przepadał za towarzystwem samych ludzi. Dla HPL-a najcenniejsze były ludzkie myśli, nie zaś postacie z krwi i kości.

Wiele spośród 45 esejów i listów Lovecraft poświęcił samej literaturze grozy, analizie dzieł mistrzów, a także kilku swoich utworów. Mimo że nie cieszył się estymą pośród krytyków (tworzył przecież w czasach, kiedy horror zaliczano do gatunków niszowych, a samą weird fiction postrzegano jeszcze gorzej – jako nieestetyczną gatunkową hybrydę), i jego utwory zazwyczaj odrzucano, uskarżał się na niesłuszną niepopularność gatunku, który reprezentował, raczej rzadko. O wiele częściej brak literackiego sukcesu składał na karb własnych niedostatków pisarskich; pierwszy tekst „Koszmarów i fantazji” nosi znamienny tytuł „Krótka autobiografia marnego pisarzyny”. Dziś twórczość Lovecrafta zaliczana jest do kanonu literatury amerykańskiej i omawiana na uniwersytetach, co w przypadku literatury grozy zdarza się bardzo rzadko.

Howard Phillips Lovecraft (1915)

W liście do Harolda S. Farnese możemy za to przeczytać: „(…) od zawsze zdawałem sobie sprawę, że moja wyjątkowa dziedzina w gruncie rzeczy należy do tych pomniejszych oraz że nawet gdybym osiągnął poziom prawdziwej literatury, byłaby to zaledwie prosta forma „literatury eskapistycznej”. To, na co szczególnie zwracam uwagę, jeśli chodzi o ten gatunek, nieważne jak bardzo jest pośledni, to jego szczerość i prawdziwość; nie jest on zaledwie jednym z aspektów naiwnego nieokrzesania, które spycha na bok każda oświecona epoka”.

Wnikliwy czytelnik dostrzeże w wielu z tych listowych „samosądów” przewrotność, a miejscami niekonsekwencje, wskazujące na gorycz niedocenionego twórcy, niemniej radykalny w sądach, egotyczny HPL potrafił przelać na papier liczne wyrazy niekłamanego podziwu dla innych pisarzy – mistrzów gatunku, którym hołdował. Byli to przede wszystkim: Lord Dunsany, Walter De La Mare, Arthur Machen, Ambrose Bierce, Algernon Blackwood, Montague Rhodes James, Nathaniel Hawthorne i, rzecz jasna, Edgar Allan Poe. Do literatury głównego nurtu również podchodził z reguły konserwatywnie; nie podobały mu się wszelkie zapędy modernizowania klasycznej powieści, zajadle krytykował poezję początku XX wieku, ale głosił także, że „nadszedł czas, by zmierzyć się ostatecznie z jałowym i wyeksploatowanym wiktoriańskim ideałem”.

Napis na nagrobku Lovecrafta „I am Providence” oznacza „Jestem Opatrznością”, a jednocześnie „Jam jest Providence”, co ma podkreślać wpływ pisarza na miejsce, w którym tworzył,
i odwrotnie.

Z „Koszmarów i fantazji” wyłania się Lovecraft-intelektualista, myśliciel zainteresowany wieloma dziedzinami (m.in. literaturą, architekturą, historią, polityką, filozofią), a jego rozważań – nawet jeśli część z nich jest dziś nieaktualnych czy zweryfikowanych przez sto lat nauki i historii – nie sposób nazwać powierzchownymi. Wręcz przeciwnie, Lovecraft, który zawdzięczał rozwój umysłowy nieustannej niemal lekturze książek, gazet, materiałów popularnonaukowych, urzeka ostrością sądów przy jednoczesnej wrodzonej wnikliwości i rozległej wiedzy. To agnostyk, skrupulatny realista, potrafiący jednak docenić chrześcijańskie zasługi, choć do samej religii zdystansowany i zarzucający jej bazowanie na nieprawdzie. To zdeklarowany przeciwnik komunizmu, choć popierający program ówczesnego socjalizmu, a jednocześnie zwolennik Nowego Ładu Roosevelta.

Wiele z tych sprzeczności brało się z tego, co sam określał „rozsądną niestałością poglądów”. HPL rozmówcą był twardym, ale logicznym; polemizował z klasą i siekał argumentami, jednakże starał się nie zamykać na kontrargumenty rozmówców. A co najważniejsze, ujawniająca się w sporych fragmentach buta neutralizowana była urzekającym poczuciem humoru Lovecrafta. Niezdecydowanym polecam otworzyć książkę na stronie 163 i przeczytać genialny esej o wyższości kotów nad psami.

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje), tłum. Mateusz Kopacz, Wydawnictwo SQN, Kraków 2013.

Rafał Niemczyk

* Wybór ciekawszych listów i esejów dla zainteresowanych:

o weird fiction (s. 27); uwagi na temat tworzenia opowieści weird fiction (s. 29); list do Roberta E. Howarda, twórcy postaci Conana, który jedną z części napisał wespół z Lordem Dunsany (s. 34); o prawach autorskich i złych wydawcach (s. 50); szkic „Widma nad Innsmouth” (s. 54); „Wyzwanie spoza światów” – opowiadanie współtworzone przez pięciu autorów, w tym HPL-a (s. 76); notatnik z pomysłami – rewelacja!, zbiór wykorzystanych i niewykorzystanych pomysłów na opowiadania (s. 93); o Lordzie Dunsany (s. 126); tajemniczy list do Roberta Blocha (s. 154); esej o wyższości kotów nad psami – rewelacja! (s. 163); krytyka epoki wiktoriańskiej (s. 192); czymże jest sztuka? (s. 194); o weird fiction i poczuciu nieznanego (s. 197); krytyka pulpowej SF (s. 202); o rozpaczy w chwili śmierci matki (s. 207); o kompozycji utworów literackich (s. 210); o religii, moralności, prawdzie, wiedzy i kościele (s. 223); „Wyznanie niewiary” (s. 232); o religii i ateizmie (s. 243); list przeciwko komunizmowi (s. 257); „W obronie Dagona” (s. 267); o Nantucket (s. 306); „Domy Poego i miejsca mu poświęcone” (s. 309); relacja z podróży „Obserwacye w kilku częściach Ameryki dokonane” (s. 321); dodatek „Znajomi Lovecrafta” opracowany przez tłumacza, czyli sylwetki przyjaciół i korespondentów pisarza.

%d blogerów lubi to: