Philip Roth, Fakty. Autobiografia pisarza. Recenzja


Nigdy nie ufaj pisarzowi

Lektura najsłynniejszej powieści Philpa Rotha, „Kompleksu Portnoya”, dostarcza czytelnikowi swego rodzaju cudownej udręki. Ilość jadu, gniewu, złości  i psychicznego utrapienia, która wylewa się z ust głównego bohatera, zalewa nas – odbiorców – falą żółci, męczy i dręczy, wywołuje zażenowanie, zachowane oczywiście w granicach masochistycznej przyjemności czytelniczej. Alexander Portnoy strzela gorzkimi słowami jak z karabinu, a tempo formułowanej przez niego narracji jest zabójcze. Roth przyzwyczaił nas do właśnie takiej, ekspresyjnej prozy, ciętej i drażniącej. Sięgając po jego autobiografię, mamy więc prawo oczekiwać podobnej (bądź większej?) dawki złości i kontrowersji. Tymczasem…

Już na samym początku „Faktów” Roth pochyla głowę, jest podejrzanie wycofany, asekuruje się. We wstępie książki skierowanym do swojego „firmowego” bohatera, Nathana Zuckermana, czytamy: „W trakcie pisania, gdy zaczęło we mnie narastać paniczne poczucie, że zdradzam swoje sprawy wobec wszystkich, cofnąłem się do początku i pozmieniałem imiona części osób, z którymi byłem związany, jak również pewne szczegóły nasuwające identyfikację”. Roth informuje zatem swojego czytelnika, że zdradzi mu wiele, że po raz pierwszy odsłoni całego siebie, podzieli się faktami najbardziej intymnymi. Niecierpliwie czekamy więc na tę wielką spowiedź cynicznego pisarza. Nie zapomnijmy jednak, że ludzie tak samo robią historyjki z życia, jak i życie robią z historyjek.

Philip Roth (fot.Richard Drew Associated Press)Każdy entuzjasta twórczości Rotha wie, że należy on do tych pisarzy, którzy swoje fabuły bezpośrednio opierają na własnym doświadczeniu, w tym przypadku wyrastającym z żydowskiej dzielnicy Newark. Czym zatem mógłby zaskoczyć nas w autobiografii, skoro przecież na łamach wszystkich swoich powieści wiele już przed nami odsłonił? Spokojem. Roth, mimo że pisze w „Faktach” o własnym życiu, wydaje się być wyjątkowo powściągliwy w ukazywaniu emocji. Na sucho i z dystansem pisze o dzieciństwie, doświadczeniach w college’u, związkach z kobietami i negatywnych reakcjach środowisk żydowskich na jego twórczość. Jeszcze raz też „przetrzepuje” temat siebie jako Żyda i konsekwencji swojego pochodzenia. Najbardziej frapujące fragmenty wspomnień pisarza, dotyczą jego toksycznego związku z rozchwianą emocjonalnie Josie, w który Roth „pakuje się” jakby na ślepo, zupełnie bezrefleksyjnie.

W konsekwencji snuta przez pisarza historia jest niejako przechadzką po jego tematach życia. Cała masa nawiązań do twórczości amerykańskiego pisarza, a także przegląd źródeł jego inspiracji stanowią nie lada gratkę dla  wiernych czytelników autora „Kompleksu Portnoya”. Prawdziwy jednak smak „Faktów”, ich wymowę, zasady gry prowadzone przez Rotha, można odkryć dopiero, docierając do ostatniego rozdziału powieści. Tutaj bowiem głos zabiera fikcyjny Nathan Zuckerman. Do „Faktów” podchodzi bardzo krytycznie. „Nie wierzę ci” – zwraca się do swojego twórcy.

Koniec ten stanowi najciekawszy element całej historii. Poddaje ją pod wątpliwość, zmusza do ponownego przeanalizowania całej wcześniejszej lektury. Obnaża literackie chwyty i nadużycia. Dodatkowo w tej właśnie części powraca ekspresywny spontaniczny styl, pełen retorycznych pytań, a nawet wykrzykiwanych oskarżeń. Zuckerman nazywa dzieło Rotha „fikcyjną, autobiograficzną projekcją”. „Autobiografia to jedna z najbardziej zmanipulowanych form literackich” – dodaje. A to, jak się okazuje, jest największą jej wartością  –  w tym konkretnym przypadku. Czyni ją wielopoziomową grą, w którą z przyjemnością daliśmy się wciągnąć.

Philip Roth, Fakty. Autobiografia pisarza, tłum. Jolanta Kozak, wyd. Czytelnik, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska

Philip Roth, Upokorzenie. Recenzja.


W sprawie godnego starzenia się, czyli jak zejść ze sceny (nie)pokonanym

Co może sprawić, że nieuchronnie starzejący się aktor, były gwiazdor, utraciwszy nagle swoje artystyczne talenty, odzyska wiarę w poukładanie sobie pozostałego mu życia i odnajdzie motywację do dalszej pracy? Bohater powieści Philipa Rotha odbędzie krótką, ale burzliwą wędrówkę po labiryncie własnych słabości, co krok potykając się o korzenie rozchwianej psychiki, zanim dozna tytułowego upokorzenia w chwili, kiedy w durnej naiwności przyjdzie mu uwierzyć, że człowiek jego pokroju ma szansę na drugie życie.

Simon Axler to typowy dla Philipa Rotha bohater – wyzwolony reprezentant środowiska żydowskiego w XX-wiecznej Ameryce. Niegdyś jeden z czołowych teatralnych (a czasem filmowych) aktorów, święcący triumfy aż do końca lat 90. Potrafi wcielić się zarówno w szekspirowskiego Falstaffa czy Makbeta, w Peera Gynta Henryka Ibsena czy z werwą zaprezentować na scenie pokręcone losy z „Wujaszka Wani” Czechowa. Od dziecka „czuł się postacią w sztuce”, miał wrodzony talent, który wykorzystywał również po to, by zjednywać sobie kobiety. W wieku dwudziestu lat stał się zawodowcem i piął się w górę, osiągając gwiazdorski status.

Ale odkąd skończył 60 lat, „jego talent był martwy”.

Aktor jest świadomy kryzysu, który szybko zaczyna go unicestwiać. Załamanie przychodzi nagle, ale jest silne i nieustępliwe. Gdyby Axler miał pociąg do alkoholu, zapewne pogrążyłby się w pijaństwie. On przeżywa jednak swój dramat w pełni świadomie, nie uciekając ani w środki odurzające, ani w życie rozrywkowe. Choć ma na to pieniądze i z łatwością mógłby „ukryć się” przed światem w jego mrocznych zakamarkach. Nie chce się też zabić, bo samobójstwo nazbyt kojarzy mu się z rolą, którą niechybnie by spartaczył. W młodości przeżył tragiczną śmierć rodziców w wypadku samochodowym, ale z prozą życia radził sobie całkiem doskonale – nie był okazem, który łatwo było złamać. Podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym opuszcza go żona – nieporadna, chwiejna emocjonalnie kobieta, która sama wymagała opieki.

Wątpliwości i samokrytycyzm byłego aktora prowadzą do rozważań na temat przemijania i starości. „Człowiek staje się powolniejszy, zaczyna tracić do siebie zaufanie” – pisze Roth. Axler już nigdy nie będzie mężczyzną w sile wieku, który jest w stanie realizować ze swoim potencjałem najambitniejsze cele.

Kiedy kryzys wydaje się nie do zwyciężenia, Axler poznaje 40-letnią Peggen – kobietę wyzwoloną, atrakcyjną i energetyczną, lesbijkę po przejściach, z którą wchodzi w dziwaczny, skazany na pożarcie przez otoczenie, związek. „Przecież on niedługo będzie siedemdziesięcioletni starcem, być może będzie jeździł na wózku inwalidzkim” – przemówią głosem rozsądku rodzice. Pegeen stanie się dla aktora niejako restytucją za utraconą bezpowrotnie młodość, za jej pomocą rozpaczliwie złapie się on brzytwy, próbując uratować dla siebie sens dalszego życia. Jako opiekun Pegeen będzie mógł je zapewnić dostatek materialny, ale czy również emocjonalny?

Philip-Roth-2Autor „Kompleksu Portnoya” także i w „Upokorzeniu” uderza mocno w sferę ludzkiej seksualności. Motyw starzejącego się mężczyzny, z którego życiodajne soki wysysa kobieta-modliszka wielokrotnie był podnoszony w literaturze. Tutaj mamy wyrafinowane gry erotyczne, gadżety, trójkąty, świństewka szeptane sobie w łóżku do ucha. „Zużyty” we własnych oczach mężczyzna jest w stanie uciec się do fantazyjnych miraży, by za wszelką cenę utrzymać związek oraz podnieść swoją samoocenę.

„Upokorzenie” krytykowane jest za powierzchowność i brak autoironii, które skutkują w pewnych momentach emocjonalnym wypłaszczeniem. Ale czy można krytykować przewidywalność i ukazanie lęku przed starością dojrzałego człowieka za pomocą ogranych mechanizmów? Pewnie i można, ale Roth w „Upokorzeniu” jest dość przekonujący. Bo według amerykańskiego pisarza nawet imponujące życie może zakończyć się schematycznym „uschnięciem”.

Genialny trębacz Tomasz Stańko w jednym z wywiadów powiedział, że „starość ma swoje wspaniałe strony, przede wszystkim spokój”. Philip Roth odpowiada swoją książką, że nie każdy człowiek jest w stanie wywalczyć ów spokój na własność. Natomiast pisarz Eustachy Rylski bez ceregieli wywodzi: „Nie, nie widzę żadnego sensu, piękna ani żadnej prawdy w starości, chorobie, przemijaniu, biedzie, jaka się do nich dołącza. Nie potrafię w niej dostrzec niczego poza nieodległym i przewidywalnym końcem, który jest zawsze katastrofą”.
Gdziekolwiek nie leżałaby prawda, o przemijaniu będziemy zapewne czytać do końca świata i jeden dzień dłużej.

Philip Roth, Upokorzenie, przeł. Jolanta Kozak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: