Riccardo Orizio, Zaginione białe plemiona. Recenzja.


Zaginione-biale-plemiona-okladkaNa tropie białych mniejszości

Kiedy myślę o prozie podróżniczej, to wydaje mi się, że powinna ona traktować o poznawaniu bądź odkrywaniu świata. Świata wcześniej nieznanego, nieopisanego, niezbadanego. Przez „świat” rozumiem inną niż autora kulturę, historię, architekturę, obyczaje itd. Riccardo Orizio spełnia te warunki, jednakże nie opisuje miejsc, ale ludzi. Prawdę mówiąc, książka przedstawia ludzi specyficznych. Autor skupił się na „białych plemionach”, czyli w egzotycznych miejscach „nowego kolonialnego świata” wyszukał pozostałości przeszłości, relikty z czasów, gdy Europejczycy przemierzali świat w poszukiwaniu korzeni, niewolników, przypraw i złota.

Poznawanie odkrytych przez Riccardo Orizio „białych plemion” jest fascynujące. Zadał sobie niemało trudu, aby odkryć, skąd wzięli się akurat „ci biali” w tym właśnie miejscu, jaka jest ich historia, jak żyli, jak żyją. Jest dociekliwy i ta dociekliwość jest dużym plusem całej książki. Dowiemy się z niej m.in. skąd w Brazylii wzięli się Amerykanie, a dokładniej Konfederaci, którzy po przegranej wojnie secesyjnej przybyli do tej portugalskiej kolonii. Każda z opowieści snutych przez autora jest na swój sposób niesamowita i pasjonująca: biali Jamajczycy z dredami w kolorze blond, klasa białych Burgów ze Sri Lanki albo żyjący w kazirodczych związkach grupa Matignonów na Gwadelupie.

Tamilowie, Syngalezi, Malajowie, biali Burgowie ze Sri Lanki - kiedyś żyli wspólnie w pokoju (źródło: http://www.salem-news.com/articles/november042011/sinhalese-lanka.php)

Tamilowie, Syngalezi, Malajowie, biali Burgowie ze Sri Lanki – kiedyś żyli wspólnie (źródło: http://www.salem-news.com/articles/november042011/sinhalese-lanka.php)

W sumie książka składa się z opowieści o sześciu grupach białych, którzy żyją w miejscach, gdzie nie można by się ich było raczej spodziewać. Każda z tych grup jest inna. Ale to, co ich wszystkich ze sobą łączy, to „zawieszenie między przywilejami a dyskryminacją” oraz bieda, ponieważ są to plemiona przegrane, są skamielinami Historii, anomalią skazaną na wymarcie, całkowite unicestwienie. Być może rozmowy, które przeprowadził z członkami tych społeczności Riccardo Orizio, są ostatnimi spisanymi dokumentami ich obecności w tym miejscu i czasie.

Tribu-bianche-perdute„Książka Riccarda Orizio jest tak fascynująca przede wszystkim dlatego, że autor koncentruje się nie na tym, co stanowiło motor kolonializmu, ale na dawnych przygodach i opowieściach (…) Traktuje o ginących miejscach i ginących wspólnotach; o tych, którzy żyją wśród starych ludzi, starych mebli, starych werand, starych książek. Pokazuje ich w kokonie tego, co już minęło. Pokazuje, jak wiele w ich życiu nostalgii, wspomnień, smutku, jak bardzo niezdolni są do nawiązania kontaktu z nową rzeczywistością” – napisał we wstępie Ryszard Kapuściński.

Książka napisana jest klarownym językiem. Lekko się ją czyta, ponieważ styl jest prosty, pozbawiony ozdobników. Autor nie sili się na sztuczną mądrość, nie „mędrkuje”, jego rozważania o czasie i ludziach są zaskakująco spójne. Kładzie nacisk na opowieści swoich bohaterów, nadając przez to książce osobisty, bardzo intymny wydźwięk. Pewnie dzięki tym zabiegom książka ma po części charakter reportażu z podróży do obcych ludzi.

Riccardo Orizio, Zaginione białe plemiona. Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości, przeł. Joanna Ugniewska i Mateusz Salwa, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Shaun Tan, Przybysz. Recenzja.


Przybysz-okladkaSwój w obcym kraju

Gdyby tak usiąść i zastanowić się nad tym dłużej, uznać by można pomysł opowiedzenia o rozłące bez pomocy słów za jednocześnie: prosty, dość karkołomny, lecz jednocześnie genialny. Jako że mamy do czynienia z australijskim mistrzem obrazu, Shaunem Tanem, autor „Przybysza” bezsłowność swojej opowieści czyni jednym z jej głównych atutów. To właśnie brak słów w którymś ze znanych nam języków sprawia, że rysunki Tana ożywają na kartach komiksu, układając się mimowolnie w niewypowiedziane zdania, emocje i historie. Zasłużenie obsypany licznymi nagrodami „Przybysz” jest opowieścią o emigracji, wyobcowaniu, próbie odnalezienia swojego miejsca w nieznanej i egzotycznej rzeczywistości, a także o sile rodzinnej więzi, stanowiącej dla bohatera największe oparcie.

Przybysz-1Nie ma potrzeby, by zdradzać szczegóły niezbyt skomplikowanej fabuły komiksu. Wystarczy powiedzieć, że pewnego dnia ojciec pakuje walizkę i wyrusza za chlebem do dalekiego kraju, pozostawiając w domu tęskniącą żonę i dorastającą córkę. Jak zaznacza autor w krótkiej nocie na końcu książki, inspiracją dzieła były w dużej mierze anegdoty opowiedziane przez imigrantów z różnych stron świata, w tym również ojca samego Shauna Tana, który przybył do Australii z Malezji w 1960 roku. Tan inspirował się również fotografiami ze starych albumów (m.in. zdjęciem z 1912 roku, na którym uwieczniono chłopca ogłaszającego zatonięcie Titanica), a także rysunkami i obrazami z XIX i XX wieku. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artysta dokonuje syntezy neorealistycznych ujęć (np. kadry z tłoczącymi się ludźmi), znanych z wybitnych filmów włoskich reżyserów tego okresu (choćby Roberta Rosselliniego), z surrealistycznym pejzażem odległego świata.

Przybysz-2Neorealizm jest zresztą wpisany w „Przybysza” również od strony programowej. Podglądanie ciężkiego losu emigrantów w historii Shauna Tana przywodzi na myśl okres powojenny, a więc czasy największej świetności włoskiego kina, kiedy to głównymi aspiracjami ówczesnych reżyserów (Rossellini, Visconti) były filmy „przyglądające się życiu”. Hanna Książek-Konicka szuka korzeni tego filmowego powołania w „wizualnym typie kultury, jaki owocował we Włoszech przez stulecia olśniewającym bogactwem i niespotykaną ilością sztuk plastycznych”. Skąd u komiksiarza z Antypodów taka właśnie inspiracja? Takiej wiedzy nie mam. Natomiast zamiłowanie do nostalgicznych i surrealistycznych obrazów dostrzeżemy bez trudu zarówno we wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości Tana, m.in. w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” czy „Zagubionej rzeczy” (za krótkometrażową animowaną adaptację tej książki otrzymał wraz z Andrew Ruhemannem w 2011 roku Oscara).

Przybysz-3W „Przybyszu” surrealistyczny świat z jednej strony służy autorowi do uwypuklenia izolacji naszego bohatera i jego towarzyszy w doli lub niedoli (bo obraz Australijczyka, choć melancholijny, nie jest z gruntu pesymistyczny). Drugą rolą, którą pełni owa stylistyka, jest – paradoksalnie – nadanie dziełu rangi uniwersalnej (znów kłania się neorealizm, w którym obserwację dramatu szarego człowieka twórcy przedzierzgali w wielkie uogólnienia).

Kraina, do której trafia nasz emigrant, pełna jest dziwnych istot, roślin, maszyn, pojazdów i budowli. Język, którym posługują się jej mieszkańcy, to system tajemnych znaków i symboli. Wraz z oniryczną stylistyką (popadającą momentami w steampunkowe tony) znakomicie oddają one zagubienie mężczyzny w radykalnie obcym dla niego miejscu. Do tego dochodzi specyficzna kolorystyka i kadrowanie – najróżniejsze odcienie sepii i często stosowany „fotograficzny” układ kadrów przywodzą na myśl stary album ze zdjęciami. Oglądamy zatem starą jak świat (i emigracja) historię zwykłego człowieka przeniesioną w egzotyczne (wręcz fantastyczne) realia.

Przybysz-4Dzieło Shauna Tana, pomimo postmodernistycznej otoczki, dzięki swej płynności i wiarygodności, zachowuje cechy klasycznej (choć niemej) opowieści. Odkrywając krok po kroczku zasady rządzące obcą krainą, później zaś jej zakamarki i mieszkańców, dostrzegamy podobieństwo z „naszym” światem. Choć pejzaże wydają się abstrakcyjne, a niektóre istoty budzą grozę, mechanizmy rządzące „nieznanym” są nam raczej znane. W ten sposób autor pogodził zapędy własnej wyobraźni, która przełożyła się na wspaniałe rysunki, z uniwersalnym przekazem. A że uczynił to w mistrzowski sposób, „Przybysz” stał się komiksem, który nawet sceptycy mogą uznać za wybitny.

Shaun Tan (scenariusz & rysunki), Przybysz, Kultura Gniewu, wyd. II, Warszawa 2013. 

Rafał Niemczyk

Saga o Egilu. Omówienie.


Saga-o-Egilu-okladkaO ekonomii, rzemiośle wojennym i poezji wikingów w czasach przejściowych, na przykładzie dziejów życia Egila, syna Skalla-Grima, i kilku innych przedstawicieli jego rodu

„Saga o Egilu”[1] powstała w XIII wieku, jest to tekst anonimowy, choć coraz częściej za jego prawdopodobnego autora uznaje się Snorriego Sturlusona, islandzkiego poetę skalda, który napisał „Eddę młodszą” (prozaiczną) oraz „Heimskringlę” (Sagę o królach norweskich). Utwór jest sagą rodową – napisany został prozą, lecz posiada również krótkie fragmenty wierszem, o czym później – i, jak często zdarza się w przypadku tego gatunku literackiego, zdecydowanie bliżej mu do powieści niż kroniki historycznej. Wprawdzie daje opis licznych faktów i postaci historycznych, znanych z innych źródeł, niemniej czyni to w sposób nie spełniający wymagań historiograficznych, bywa nawet sprzeczny z nimi – warstwa historyczna została tu wyraźnie podporządkowana wątkom fabularnym i poetyckim. Może dlatego książkę czyta się bardzo dobrze, niemal jak współczesną powieść historyczną.

Berserk w ogniu walki (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

„Egils Saga Skalla-Grimssonar” (bo tak brzmi jej tytuł w oryginale) opowiada dzieje życia Egila i niektórych jego krewnych, większą uwagę poświęcając oczywiście Egilowi, ale również jego dziadowi, który nosił imię Kweldulf, oraz dwóm synom tego ostatniego: Thorolfowi oraz Skalla-Grimowi, i wreszcie potomstwu Egila, głównie Thorsteinowi. Warto dodać, iż nie wszyscy ludzie byli bezwzględnie pewni, że Kweldulf, Skalla-Grim i Egil nie przemieniali się czasem w wilka lub niedźwiedzia, zwłaszcza podczas walki. Innymi słowy – byli berserkami[2]

Można wyodrębnić dwie części książki. Po pierwsze: sagę o Thorolfie, wuju Egila, mężu słynącym z dzielności, siły, szlachetności i przezorności, skutecznie szukającym sławy na dworze i okręcie króla Harolda Pięknowłosego. Jest to postać archetypiczna dla okresu starożytności nordyckiej: Thorlolf jest piękny, mądry, odważny i sprawiedliwy, uosabia ideały dawnego wojownika. Mimo to, albo właśnie dlatego, ostatecznie los nie jest dla niego łaskawy. Sam, na skutek pewnych intryg, wpada w niełaskę u króla, a potem zostaje zabity, a cała jego rodzina zostaje wyjęta spod prawa i zmuszona do emigracji.

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Egil Skallagrimsson na XVII-wiecznym manuskrypcie

Drugą częścią jest właściwa opowieść o Egilu, który urodził się już w czasach wczesnofeudalnych w Islandii, jako syn banity, lecz nadal posiada silne związki z Norwegią i jej mieszkańcami. Egil i ludzie, z którym przeplata się jego życie, oddani są bardziej konkretnie, nieco mniej mitycznie, za to naturalistycznie, przy czym pozostają wciąż niewolni od magiczności. Egil jest brzydki, łysy, zdarza mu się postępować nie tylko gwałtownie, ale również niesprawiedliwie, ma także inne słabości, co zbliża go do zwykłych ludzi, mimo to jest berserkiem, do tego wojownikiem znanym i szanowanym, pewnego rodzaju bohaterem. Nie tak krystalicznym jak wuj, niemniej sławnym i podziwianym. Jego postać łączy w sobie nowe ze starym. Dopiero Thorstein, syn Egila, stanie się nowym człowiekiem, osadnikiem, skupionym bardziej na gospodarowaniu na swojej ziemi w Islandii niż na łupieżczych wyprawach. I dopiero on w pełni uzna Islandię za swoją ojczyznę.

Czas trwania wydarzeń opisanych w sadze to mniej więcej druga połowa IX wieku i pierwsza połowa wieku X. Zdarza się, że autor wykracza poza tę cezurę, lecz czyni to tylko epizodycznie. Jest to okres bardzo ważny dla Norwegów i ich państwa, następują wtedy istotne zmiany organizacji społeczeństwa – dawny ustrój plemienny oparty na przynależności do rodu i demokrację wiecową zastępuje wczesnofeudalna monarchia i władza króla. Nie była to, zapewne, bezbolesna transformacja, zwłaszcza w tak indywidualistycznym narodzie, rządzącym się na ogół prawem siły i obyczajami, które zwykliśmy nazywać barbarzyńskimi, co, mówiąc na marginesie, źle świadczy nie o tych obyczajach, a o naszej wiedzy.

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Synowie Hildiridy przynoszą królowi daninę z Finnmarku (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Król domagał się posłuszeństwa oraz danin i dysponował siłą potrafiącą to wymóc. Nie było łatwo zaakceptować taki stan rzeczy, tym bardziej trudne było to dla ludzi obdarzonych nieujarzmioną wolą bycia i działania, nauczonych samowolnego stanowienia o sobie i ziemi, którą posiadali. Osoby nieumiejące znaleźć się w nowych porządkach miały dwa wyjścia: nierówną walka z hirdem[3] królewskim lub ucieczkę z ojczyzny – na ogół korzystały z drugiej możliwości. Jednostki mniej skłonne do kompromisu i podporządkowania musiały w ten lub inny sposób uciekać od władzy królewskiej, a im ta ostatnia była silniejsza, tym emigracja musiała być bardziej odległa. W ten sposób zasiedlono, dotychczas dość bezludną, Islandię.

Innym rezultatem wspomnianych zmian było to, że na terenie Norwegii zapanował większy niż wcześniej porządek prawny, zatem udać się na wiking – wyprawę łupieżczą, gdzie swoją odwagą i orężem, ale także okrucieństwem i przemocą zdobywało się majętność – wypadało zagranicę. Płynęły wobec tego, wzbudzając trwogę wśród innych mieszkańców Europy, długie i smukłe langskipy do Anglii, Szkocji i Irlandii, do Danii, Islandii oraz z nieco mniejszą regularnością do wszystkich innych krajów w basenie Morza Północnego i Bałtyckiego, nawet do Kurlandii, wszędzie tam, gdzie możliwa była grabież, dla największych hałaburdów i zawadiaków zachowując miejsce na dziobie okrętu, gdzie, to prawda, najłatwiej było o śmierć, ale tak samo szybko można było zdobyć sławę.

Historia kolonizacji Islandii i owych „wypłynięć na wiking”, solidnie osadzona w realiach okresu powstawania scentralizowanego państwa norweskiego, stanowi główną scenerię fabuły omawianej książki. Osią akcji pozostają dzieje Egila i jego krewnych i znajomych, choć poznajemy znacznie więcej postaci, bardzo charakterystycznych i ciekawych.

Wikingowie

Wikingowie

Świat to okrutny, pełen przemocy i napawający się do syta brutalnością. Mord, grabież, gwałt, tortura, bestialstwo to chleb powszedni, tak się żyje, takie są realia. Zło definiuje świat, a autorytetem moralnym jest siła. Jest i inny ważny żywioł, ekonomia, co, biorąc pod uwagę ówczesne stosunki społeczne, nieco zdumiewa. Na pewno jest charakterystyczna żądza posiadania złota, srebra oraz innych dóbr, nie zawsze znajdujących właściwe miejsce w rzeczywistości wojowników nordyckich; dóbr gromadzonych nie tyle dla wykorzystania lub pomnożenia, co samego posiadania. Egil, za swoją służbę i jako rekompensatę za śmierć brata, otrzymał od króla Anglii, Adalsteina, dwie skrzynie srebra, które potem bezsensownie woził ze sobą na wszystkie wyprawy, a gdy już był zbyt stary, żeby je odbywać i osiadł na stałe w Islandii, nadal pilnie o nie dbał, przez co należy rozumieć, że strzegł ich przed innymi, a tuż przed swoją śmiercią wyniósł je w nieznane miejsce i zakopał w ziemi. Wątek ekonomiczny pojawia się często, i sam w sobie jest uzasadnieniem działań. Przy czym nie jest to, lub nie tylko, sposób utrzymania, ale raczej metoda zyskania prestiżu wśród innych i dowartościowania się we własnych oczach – okoliczność, jakby nie było, dobrze nam znana.

Odnaleźć można tu pewną, nieco śmieszną regularność. Mężowie – a więc wojownicy, ci, których zwykliśmy nazywać wikingami – większą część roku, tę podczas której jest możliwa żegluga na morzu, spędzają na wyprawach łupieżczych, a na zimę osiadają na swojej lub przyjaciół ziemi. Wyciągają wtedy swoje łodzie na brzeg, a sami udają się na niekończące się uczty, gdzie gościem honorowym jest rytualne obżarstwo, a towarzyszy mu siostra niezguła, libacja. To, rzecz jasna, spore uproszczenie i uleganie stereotypom, bo przecież zimą załatwiano wszystkie konieczne gospodarcze sprawy, witano się również z dawno nie widzianymi żonami… Upraszcza czytelnik, ale podobnie robi autor, bo ta opowieść jest w dużej mierze pieśnią chwały, posiadającą w sobie pewne elementy legendy i bajki, a chwała znaczy owy koniec świata starożytności norweskiej, w zamyśle autora będąc jakby podstawą i budulcem późniejszej tożsamości potomków Egila.

Za sprawą wikingów, czyli wypraw mających przynieść majętność i sławę, w pewnym sensie jest „Saga o Egilu” literaturą zawierającą w sobie wątek drogi. Nieustannie słyszymy o permanentnym ruchu bohaterów uprawiających rodzaj włóczęgi łupieżczej i wojennej. Można sobie wyobrazić owy wiosenny, wesoły rozgardiasz wśród Norwegów wypływających w morze, ku nowemu, często niebezpiecznemu, lecz dającemu szansę na odmianę losu, a nawet jeśli nie, to niosącemu ze sobą sposobność do wciąż nowej przygody, do awantury, do wydarzeń, które później końcem jesieni i zimą będzie można opowiadać przy zastawionym stole, trzymając w rękach róg wypełniony alkoholowym napojem.

Egil w sporze z Bergiem-Önundrem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Egil w sporze z Berg-Önundem (obraz Johannesa Flintoe z końca XVIII w.)

Opowiadać przygody, sławić bohaterskie czyny, kpić z wroga i okazywać sympatię dla przyjaciela lub stronnika – to zawsze było cenne wśród tego narodu, stąd chyba niecodzienna instytucja skalda, który jest kimś pośrednim między poetą a wojownikiem, dokładniej – jest jednocześnie jednym i drugim; więcej jednak cenionym niż zwykły wojownik, może przez długość zimowych wieczorów, a może przez sentyment wielu pokoleń do poezji, która, w tym wypadku, utrwala czas. Taki jest Egil – na co dzień trudni się rozbojem, czasem jest to rozbój słuszny, lub za taki go uważa, to znów zwykły, przestępczy, ale również na co dzień Egil jest poetą. Naprawdę. Czasem bywa to trudne do zrozumienia. Walczy z kimś a potem, po zwycięstwie, które na ogół oznacza śmierć przeciwnika, nierzadko okrutną, opowiada o tym wierszem. Zdecydowanie inny to obraz poety od towarzyszących nam, zazwyczaj, w tej mierze wyobrażeń. Znajdujemy tę poezję w tekście, na ogół są to wiersze składające się z ośmiu wersów, napisane językiem mniej gładkim, niż pozostała część książki, który jest jakby mniej uporządkowany, bardziej dziki i gwałtowny, być może autor sagi zapożyczył te fragmenty ze starszych źródeł, funkcjonujących w jego czasach w przekazach ustnych.

Świat „Egils Saga” jest inny, zupełnie odmienny od naszego, może właśnie przez to w pewien sposób fascynujący i ciekawy; jest straszny i okrutny, wydawałoby się pozbawiony tego wszystkiego, co zwykliśmy nazywać człowieczeństwem. Lecz to chyba przesada, sąd pochopny, wydany bez zastanowienia, bo ten świat i jego bohaterowie umierają, ostatkiem sił zdobywając się na honorowe przemożnych sił odparowanie. Jest więc w tym i piękno, i duma dzielnie zmagającego się ze swym losem człowieka, który ma świadomość nieuchronności nadchodzącego losu i swojego w nim końca, a mimo to postanawia walczyć o prawo bycia sobą.

Lektura nie jest trudna, mimo że od powstania książki upłynęło już wiele epok, nie należy spodziewać się tu ekwilibrystyki językowej, bo to opowieść napisana językiem raczej prostym, za to bardzo homogenicznym, posiadającym wiele sformułowań ściśle przypisanych określonym sytuacjom. Dla przykładu: gdy wprowadzana jest nowa postać pada rytualne: XYZ zwał się pewien mąż, syn tego i tej, spokrewnionych z tymi i tamtymi, mieszkał w takim miejscu; gdy epizod autor uznaje za wyczerpująco opisany: Nic się nie stało, o czym warto wspominać, aż do… Mamy tu także pewne zwroty, charakterystyczne, jak: Miał miecz, na imię mu było, lub Możesz zabrać ze sobą tylu towarzyszów, ilu tylko zapragniesz – co było formą wyrażenia zgody na zimowanie przez gospodarza. Jest tego znacznie więcej i niewątpliwie wzmacnia ekspresję tekstu, pozwalając nam lepiej ukonstytuować wyobrażenie o tamtym świecie.

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Wikingowie w drodze na wyprawę (Maria Hiszpańska-Neumann, drzeworyt)

Autor „Sagi o Egilu” zdecydowanie przedkłada treść nad formę, lecz tej drugiej nie można wiele zarzucić. Jest to opowieść o czasach byłych, czasach z pewnych względów istotnych, niepozbawionych malowniczości, stanowiących przy tym ważną cegiełkę w gmachu tożsamości potomków ludzi takich jak Egil. Opowieść miejscami okrutna, lecz pokazana bardzo malowniczo, nieco – jak przystało pieśniom chwały – wyidealizowana, ale właśnie przez to bardziej literacka, bardziej magiczna i bajkowa. Oprócz wspomnianych wyżej tematów, znajdziemy tu wiele szczegółów dotyczących czasów wikingów, ich konstytucji psychiczno-społecznej, ich uzbrojenia, statków, słowem całej kultury materialnej i duchowej tamtego świata. Tym cenniejsze to świadectwo, że napisane przez ich niemalże bezpośredniego następcę.

Wedle mojej wiedzy, opisywana książka jest pierwszym i jedynym wydaniem tej pozycji w języku polskim. A powstała, a jakże, staraniem Wydawnictwa Poznańskiego (które jest kontynuatorem przedwojennego Wydawnictwa Polskiego Rudolfa Wegnera z siedzibą również w Poznaniu), zgodnie z pewną tradycją wydawniczą, o której także warto kiedyś napisać, tu wystarczy powiedzieć, że większość literatury skandynawskiej dostępnej w języku polskim zawdzięczamy wspomnianym wydawnictwom.

W ostatnim słowie warto powiedzieć, że „Saga o Egilu” jest ilustrowana całostronicowymi drzeworytami, wykonanymi przez Marię Hiszpańską-Neumann, co znacznie wzmaga estetykę edycji, i niektórym czytelnikom sprawi przyjemność, choć pewnie znajdą się też tacy, których wyobraźnia wytwarza obrazy nieco odmienne od tych zamieszczonych na ilustracjach w książce…

Snorri Sturluson (prawdopodobnie), Saga o Egilu, przekład ze staroislandzkiego: Apolonia Załuska-Stromberg, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1974.

Dominik Śniadek

[1] Gdzie indziej spotyka się pisownię Egill, tu przyjęto wersję podaną w opisywanej książce, ta sama uwaga dotyczy innych kontrowersji wokół pisowni nazw użytych w tekście.

[2] Berserk, według Słownika Języka Polskiego, to występujący w sagach nordyckich wojownik mający opinię niezwyciężonego, walczący z siłą i dzikością niedźwiedzia, choć „Egils Saga” ujmuję sprawę nieco inaczej. Wedle tego źródła był to wojownik, który w czasie walki przeistaczał się w zwierzę, np. wilka, rodzaj zwierzęcia nie jest dokładnie sprecyzowany; skutkiem przemiany był tzw. „szał berserka”, który sprawiał, że wojownik nabierał cech nadnaturalnych, mógł pokonać znacznie większą ilość wrogów, a gdy po skończonej walce wracał do zwykłej swej postaci, był zmęczony, stawał się ospały i rozkojarzony, zupełnie jakby wrócił z jakiejś odległej i wyczerpującej podróży.

[3] Były to oddziały wojskowe skupione na dworze władcy norweskiego, razem z nim odbywające wyprawy wojenne, przez swą siłę legitymizujące jego poczynania, ale również stanowiące zalążek przyszłej nomenklatury.

%d blogerów lubi to: