Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków.


Małe państewko intelektu

„Gra szklanych paciorków” to książka oryginalna, niestandardowa, wymykająca się konwencjom, nadto bardzo obfita w treści, napisana wybitnym językiem, a sformułowana umysłem dojrzałym, humanistycznym, do tego dość uszeregowanym i uporządkowanym, a przez to logicznym, choć niepozbawionym pewnych inklinacji do mistyki. To rzecz najogólniej mówiąc o „duszy” człowieka oraz „duchu” cywilizacji, jaką wytworzył wokół siebie, czyli – upraszczając nieco – o kulturze oraz wzajemnych na siebie oddziaływaniach obu bytów. Przewrotnie, wyżej wspomniane, tematy, przecież abstrakcyjne z natury, tutaj na ogół potraktowane zostały konkretnie i realnie, najczęściej za pomocą egzemplifikacji. Co więcej, owe problemy wymagały dwojakiego, wydawałoby się sprzecznego, ujęcia. Z jednej strony mamy zagadnienie indywidualizmu i wolności; z drugiej: ładu, dyscypliny i współpracy społecznej. Zmieszczenie tego w jednej powieści, dodajmy harmonijne, nie było na pewno łatwe, ale też rola ta przypadła pisarzowi niezwykłemu, można powiedzieć genialnemu.

Hesse posłużył się tu kilkoma mistyfikacjami, np. wyprowadzając akcje powieści w przyszłość oraz budując pewien nieistniejący świat. Oba zabiegi powodują określoną klasyfikację gatunkową książki, mam tu namyśli odpowiednio: fantastykę oraz utopię społeczną. W moim jednak przekonaniu oba terminy nie są ściśle adekwatne, właśnie w związku z tym mistyfikatorskim zamysłem autora, stanowią bowiem li tylko pewnego rodzaju instrumentarium umożliwiające odpowiednią kompozycję tekstu oraz redakcję „wykluczających się treści”. Przesłanie książki jest tu akurat rzeczą najłatwiejszą do wykrycia, choć pewnie inaczej ma się rzecz z jego zrozumieniem. Hesse, zgodnie z wyznawanym głęboko humanistycznym światopoglądem oraz posiadając inklinacje w stronę myśli Dalekiego Wschodu, mianowicie filozofii hinduizmu i buddyzmu, zdaje się mówić: najważniejszy jest środek, centrum, ale rozumiane w ten sposób jako idealne połączenie skrajnych sobie żywiołów, owe jing i jang, które choć sprzeczne i posiadające odmienną naturę nie wykluczają się, a nawet są współzależne, nawzajem na siebie wpływają i nawzajem siebie kształtują. Mówiąc inaczej, „Gra szklanych paciorków” to powieść o duszy i o intelekcie, oraz o próbie harmonii między nimi, czyli o pięknie.

Jest to również powieść o obowiązku, o tym jak postawić wyżej społeczeństwo niż siebie, po to, aby zachować swój indywidualizm. To paradoks, lecz musi być taki, bo tylko owa pozorna sprzeczność może uratować indywidualizm w relacji z ogółem. Jest to ten, wspomniany wyżej, rodem z Dalekiego Wschodu, idealny środek, będący, jak tam się uważa, najlepszym punktem.

Zasadnicza część książki to beletryzowana biografia Józefa Knechta, napisana przez bezimiennego autora lub takież kolegium autorów. Opisano w niej nie tylko osobę i życie Knechta, ale również dość obszernie i historycznie świat Kastalii i samą grę szklanych paciorków – o czym dokładniej poniżej. Forma przypomina „coś”, co można umiejscowić między hagiografią a naukowym opracowaniem – przy czym „coś”, które zostało uwolnione od rutyny i pewnej przewidywalności tak pisanych tekstów. Książkę zamyka część z pismami autorstwa Józefa Knechta, na które składają się wiersze oraz trzy życiorysy będące odrębnymi opowiadaniami. Trzeba jednak mieć na uwadze, że jest to zabieg kompozycyjny, bo zarówno biografia, jak i pisma Knechta stanowią zamkniętą całość, i są wzajemnie ze sobą powiązane.

Kastalia i gra szklanych paciorków

Hermann Hesse (1927, fot. Gret Widmann)

Hesse rozpoczyna opowieść od „epoki felietonu” – którą można interpretować z szeroko pojętą współczesnością – jest to czas wojen, będący jednocześnie końcem sztuki i kultury rozumianej jako sfera działalności twórczej człowieka; powodujący chaos i wielkie problemy, zwłaszcza w świecie idei i nauki. Na zgliszczach pozostawionych przez huragan felietonowej zawieruchy garstka ludzi – Bractwo Wędrowców Wschodu – jakby reaktywuje dawne wartości ducha, jednocześnie próbując odnaleźć między nimi powiązania i wykryć sens ogólny, zapominając jednak o tworzeniu nowych treści, zupełnie jakby potencjał został wyczerpany i jedynie to, co już powstało, może być akceptowane. Mniej więcej temu służyć ma gra szklanych paciorków – do końca w książce niezdefiniowana, będąca bowiem, w zamyśle autora, jedynie pewnego rodzaju metaforą nie wymagającą ścisłości. W miarę rozwoju gry szklanych paciorków i zdobywania przez nią popularności, grono uprawiających ją osób rozszerza się, po pewnym czasie również specjalizuje, i w ten sposób powstaje Kastalia – państewko lub prowincja (Hesse używa obu terminów), która posiada dwa główne zadania, mianowicie po pierwsze: piecza nad prawidłowością i kultywowanie gry szklanych paciorków, i po wtóre: edukacja szczególnie uzdolnionych jednostek, którą prowadzi się w szkołach elitarnych, niejako w ten sposób rekompensując społeczeństwu, koszty jakie to ostatnie musi ponosić na rzecz Kastalii.

Świat ten – ową formację intelektualno-estetyczną – Hesse konstruuje wiarygodnie, obszernie i ciekawie, nie będę go jednak dokładnie opisywał, nie chcąc psuć Państwu przyjemności lektury, dość powiedzieć, że to miejsce, w którym dominują sprawy intelektu, nauki, wiedzy, i dlatego jest to państewko o charakterze elitarnym, arystokratycznym, praktykujące kult wiedzy, prawdy i piękna oraz obiektywizację intelektu, jednocześnie mocno zdyscyplinowane, posiadające odpowiednią hierarchię instytucji, władz i osób, w którym główną rolę pełni powinność wspierana obowiązkiem, jest to specyficzny rodzaj służby, wymagającej poświęcenia siebie, ale także nadającej pewnego rodzaju szlachectwo. I tak, gdy świat zewnętrzny cechują: naturalne odruchy, egoizm i uleganie popędom, to Kastalia definiuje się przez ład i rozwój intelektualny, pełno tu idei, humanizmu oraz kategorii ogólno ludzkich, lecz zdumiewająco mało uczuć; to ekstrakt abstrakcji, świątynia intelektu i sprawna maszyneria kultury, lecz wydaje się chłodna i pozbawiona zapachu poezji. Tu uczucie zastąpiono powinnością, a twórczość zrozumieniem.

Świat to w pewien sposób nadnaturalny, i ludzie również tacy, na ogół wiele tu autorytetów, mistrzów, nauczycieli, przewodników czy czcigodnych starców. Utopia jednak nie jest idealna, gdyż zgodnie ze słowami autora, pozostaje niewolna od owego „tragizmu, przyrodzonego każdemu życiu poświęconemu sprawom ducha”…

Józef Knecht

Józef Knecht – osoba wyjątkowa a zawiść budząca – jest człowiekiem uzdolnionym, więcej: świadomym tego i zdającym sobie sprawę z określonych powinności wypływających z takiego stanu rzeczy. Dlatego jego życie jest służbą, poświęceniem i staraniem dla ogółu. To droga, którą możemy obserwować niemal w całości, od samych początków, czyli szkoły w Berolfingen, położonej na skraju lasu Zaber, gdzie Knecht został dostrzeżony przez mistrza muzyki, i dalej przez pozostałe etapy jego edukacji (szkoła Eschholz, studia w Waldzell), a także pobyt w  Vicus Lusorum i działalność w opactwie Benedyktynów w Mariafels, i później podczas sprawowania urzędu magistra ludi gry szklanych paciorków, skończywszy na odejściu z zakonu i Kastalii oraz dalszych losach życia, można powiedzieć, świeckiego zakończonego piękną śmiercią. Przez cały ten okres Knecht jawi nam się jako osoba dobra, pełna odpowiedzialności, świadoma i umiejąca podporządkować swoje ambicje sprawom ogółu, lecz – to ważne – nie zatracająca przy tym swojej indywidualności, umiejąca dostrzec różnicę między sobą a instytucją, którą reprezentuje, choć przecież permanentnie czująca wielki z nią związek. Jest jednocześnie Knecht „wątpiącym myślicielem”, zdającym sobie sprawę z pewnym mankamentów świata, który reprezentuje. Podejmuje próby jego naprawy, próby nie rewolucyjne, wprost przeciwnie – polegające na pracy u podstaw. On sam zmienia się, dojrzewa, lecz nadal pozostaje krystaliczny. To ideał, lecz całkiem w recepcji znośny. Jego życie jest jakby przykładem na to, że nawet ideał, w pewnych sytuacjach znaczy za mało. To również pewnego rodzaju przenośnia mająca symbolizować wzajemną rywalizację między światem ogółu a indywidualnością; jest tu kilka momentów szczególnych i kulminacyjnych, lecz Hesse pokazuje nam to studium po to, aby przekonać nas o ciągłości pewnych procesów.

Nie o walkę się tu rozchodzi – choć oczywiście bez niej nie można wyobrazić sobie życia – bo jak mogłoby to być istotne, jeśli wszystko ma swój koniec, wszystko jest zmienne i nieunikniony jest kres wszelkiej rzeczy. Motto życia Knechta, jeśli jest, to brzmi: „nie dać się zgnębić ani pohańbić”, czyli nie ważne, czy wygrałeś, czy zostałeś pokonany, istotne kim stałeś się na skutek zmagań.

Dom w Calw , gdzie urodził się pisarz (fot. Alexander Buschorn)

Kres przychodzi wtedy, gdy Józef opuszcza zakon, ale ileż jest w tym piękna, gdy człowiek dobry, obowiązkowy, nawet posłuszny, żyjący sumiennie i odpowiedzialnie, w pewnym momencie odkrywa sam przed sobą, że mimo iż jest właśnie taki, jaki być winien, i że zrobił dokładnie to, co należało zrobić, to jednak zatracił w sobie to, co w nim najważniejsze; i jak piękna jest ta chwila, gdy już żyć jak dotychczas nie może, gdy rusza naprzeciw siebie, tam szukać, gdzie go dusza wiedzie. Dochodzi do śmierci, swojej własnej, w okolicznościach: piękna, służby drugiemu człowiekowi, walki, szlachetności, zjednoczenia z naturą, harmonii z samym sobą i pełnej świadomości, czyli dokładnie tego, co cechowało go przez całe życie.

Taki rozwój wypadków był możliwy, nawet prawdopodobny, lecz przecież wiadomo, że nie jedyny. O innej drodze tego samego człowieka dowiadujemy się z „Pism pozostawionych przez Józefa Knechta”. Pamiętać jednak trzeba, że Hesse używa tu historii tego życia metaforycznie i instrumentalnie, w gruncie rzeczy nie interesuje go Józef Knecht, tylko – jakby to nie zabrzmiało – człowiek w ogóle, człowiek jako jednostka, ale również człowiek jako nader istotna i podstawowa część społeczeństwa.

Dostajemy wobec tego inne możliwe rozwiązania życia tego samego bohatera; są one niejako bardziej indywidualistyczne, lecz w gruncie rzeczy podobne. Bo pytanie brzmi: czy liczy się okoliczność czy charakter podmiotu? Hesse – jak humaniście przystało – zdaje się, oręduje za tym drugim rozwiązaniem, dodając, że w żaden sposób nie uniknie się tarcia między wolnością jednostki a powinnością tejże wobec społeczeństwa. Zauważa przy tym, że na całe szczęście nie można tego uniknąć, bo to jest chyba właśnie osnowa życia ludzkiego, nadająca mu sens i tłumacząca znoszenie cierpienia.

Tomasz Mann, Fryderyk Nietzsche, Jakub Burckhardt

Świat pozostałych postaci powieści jest bogaty i ciekawy (na ogół tworzą go osoby niepospolite, często wybitne), a przedstawia najbliższe Józefowi Knechtowi otoczenie. Wymienię kilka przykładów, aby dać Państwu przedsmak tego towarzystwa.

Fritz Tegularius – bliski przyjaciel Knechta – człowiek tyleż genialny, co nieprzystosowany, obarczony nadmierną wrażliwością, nienawykły do życia w społeczeństwie, żyć jednak w nim muszący, do tego uparty, nie znoszący żadnej hierarchii, buntujący się przeciwko władzy, lubiący samotność i przedkładający spekulacje filozoficzne nad kontakt z drugim człowiekiem – przez wielu interpretatorów utożsamiany z Fryderykiem Nietzschem.

Plinio Designorii – również przyjaciel Knechta, tylko że żyjący poza Kastalią choć posiadający z nią związki – osoba łącząca w sobie ideały świata świeckiego i życia kastalskiego, i przez tę nieumiejętność opowiedzenia się, po której stoi stronie przegrana; lecz pełniąca dla Knechta rolę arcyważną, bo jakby przypominająca mu o istnieniu innego świata.

Mamy tu cały szereg osobistości Kastalii, w tym jakże uroczego mistrza muzyki, który jest kimś wprowadzającym Knechta do świata Kastalii i czuwającym nad jego rozwojem; żołnierzem świata intelektu i muzyki, świata ducha i kultury, który umiera, znajdując upojenie w empatii dla świata i drugiego człowieka. Jest też magister ludi i mistrz gry szklanych paciorków Tomasz von der Trave, postać obrazująca ideał intelektualny, wykazująca nadnaturalne zrozumienie świata idei – powszechnie utożsamiana z Tomaszem Mannem.

Jest ojciec Jakub, „najwybitniejszy chyba kronikarz zakonu benedyktynów”, zarazem szara eminencja dyplomacji i osoba znajdująca ulubienie w uczeniu się i uczeniu innych – wzorowana na osobie historyka Jacoba Burckhardta. Jest wreszcie Starszy Brat, Europejczyk, który na tyle przyswoił sobie kulturę chińską, że prawie stał się Chińczykiem, mieszka samotnie w Bambusowym Gaju i za wszelką cenę stara się nie posiadać kontaktów z zewnętrznym światem, a już na pewno nie z tym kastalskim. Tych postaci jest więcej, nie ma jednak celu wymieniać ich tu enumeratywnie, dość powiedzieć, że jest ich wiele, a większość ciekawych.

Specjały i pyszności

Wreszcie fenomen, który ujął mnie w „Grze szklanych paciorków” najbardziej: język. Nie popadając w przesadę, genialny. Hesse pisze mistrzowsko, nienagannie technicznie, jego zdania są skomplikowane, z ulubienia wielokrotnie złożone, zawierają w sobie wiele myśli i spostrzeżeń, lecz pozostają bardzo przejrzyste, logicznie i klarowne, nie tracąc przy tym wszystkim piękna słowa. Pełno tu interpunkcji, pełno specyficznego szyku słów, ale czytając ma się wrażenie, że każde słowo zostało postawione w odpowiednim miejscu i nie jest to sprawą przypadku.

Taki sposób pisania jest jakby świadectwem humanizmu autora, jego równowagi intelektualnej oraz wrażliwości. A dla czytelnika, poza zwykłą frajdą, daje coś więcej – przynajmniej mnie dawał – mianowicie pewne wytchnienie. Tak, wiem, że brzmi to dość dziwacznie, ale czytając książkę, czułem odprężenie.

Maszyna do pisania Hessego w Muzeum Gaienhofen (fot. Thomoesch)

Mało ludzi potrafi tak wiarygodnie, ujmująco i obrazowo pisać o sprawach przecież niełatwych do opisania; tak, wydawałoby się, konkretnie kreślić świat abstrakcji, pojęć i stanów, jakie doświadczyć może dusza i intelekt człowieka. Jest to język pewny, zdecydowany i ścisły, nie zatracający przy tym nic z wrodzonej wrażliwości i wielopłaszczyznowej percepcji autora. Jednocześnie kreujący pewną i elegancję, i śmiałość, stąd mamy: „dążenia ambicjonerów”, „radosne rozigranie”, „pospolitaka”, „grzecznostkę”, „śmiałość człowieka wystraszonego”, „uroczyste manifestacje sztuki”, ale także „wzrok pasterza, który w głębi duszy pogardza mieszczuchami” lub „największego kurwodruha w całym Askalonie”.

Jest to proza przy tym wszystkim bardzo różnorodna, pisana z wielu perspektyw narracji, obok dominującej relacji biograficznej na poły popularnonaukowej, na poły beletryzowanej, mamy też pewne elementy literatury memorialnej, jak listy i dokumenty Knechta, a także wspomnienia bliskich mu osób, ale również utwory pisane wierszem czy zamykające książkę trzy opowiadania. A, co smaczniejsze, w każdej z tych form, styl Hesse jest czytelny i nigdzie nie zatraca swojej cudownej specyficzności.

Trudno w kilku słowach podsumować i dać świadectwo takiemu kunsztowi słowa, gdzie dyscyplina płynnie przechodzi w rozmach, śmiałość jest wrażliwa, a precyzja aż kolorowa…

Różnorodność

Równie trudno opisać tu, siłą rzeczy w wielkim skrócie, powieść tak ogromną, posiadającą w sobie tak wiele treści i mnóstwo nawiązań, tropiącą ścieżki i ścieżynki ludzkiej umysłowości i kultury. Dlatego poprzestałem na rzeczach, wydaje się, najważniejszych, wspomnianych wyżej.

Warto jednak dodać, że pisze się tu subtelnie o ludziach, o ich właściwościach, wzajemnych relacjach, wreszcie o ich przywarach jednak bez osądzania i strofowania. Tak samo pokazana jest rzeczywistość, przy czym ma ona charakter ogólno ludzki, ponadczasowy, dlatego nieistotny jest czas akcji książki. Hesse czasami potrzebuje jednego tylko zdania, aby rozwikłać od dawna trapiące nas z pozoru alogiczne zagadnienia: „Oszukują się wzajemnie, spodziewają się więc, że sami oszukiwani będą”.

Herman Hesse (fot. http://hermannhesse.tumblr.com/ )

To również książka o przemijaniu – przemijaniu tego, co zwykle przyjęło się uważać za niezmienne, a więc kultur, cywilizacji czy też w skali mniejszej tych organizacji lub instytucji, a także pewnych wzorów zachowań, obyczajów, które powszechnie uważa się za oczywiste i naturalne. Tymczasem panta rhei, wszystko płynie; nie ma nic stałego i niezmiennego, a tym bardziej wszelka rzecz jest krucha, im mniej o nią dbamy.

W ostatnim słowie wspomnieć trzeba, że „Gra szklanych paciorków” to przewrotna  krytyka, bo przez wiele stron Hesse sławi intelektualizm, bezosobowość lub lepiej „nadosobowość” zakonu i Kastalii, a ostatecznie stwierdza nieporadność takiego rozwiązania, gdy duch i piękno zostało zarezerwowane garstce ludzi, kompletnie oderwanych od życia i reszty społeczności. Tu również powraca indywidualizm i wolność. Więc, wydaje się, słyszymy, że hierarchia i dyscyplina są potrzebne dla zdobycia kunsztu, lecz geniusz i wszelka wielka rzecz posiłkować musi się wolnością i indywidualizmem – bez tego nie ma ani nauki, ani sztuki, bo prawda, tak samo jak piękno, są kategoriami jednostkowymi, a nie społecznymi – przynajmniej w kontekście twórczym, podmiotowym.

Co można również inaczej interpretować: żadna idea nie może jakkolwiek egzystować poza społeczeństwem, skąd tylko krok do tego, że idee stworzone i dopracowane w oderwaniu od życia mogą doprowadzić w najlepszym przypadku do rzeczy błahych, w najgorszym do tragicznych.

Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków, przeł. Maria Kurecka, PIW, Warszawa 1999.

Dominik Śniadek

Nicolas Presl, Fabryka. Recenzja.


Rezerwat dzikich stworzeń

Podczas tegorocznego festiwalu komiksowego Ligatura, który odbywał się w Poznaniu, swoją premierę miał komiks francuskiego autora Nicolasa Presla pt. „Fabryka”. Książka została opublikowana przez znane i cenione Wydawnictwo Lokator z Krakowa. Jest to pierwsza publikacja komiksowa tej oficyny. Pierwsza, ale nie ostatnia; Piotr Kaliński podczas festiwalu zapowiedział, że ma w planach wydać w Polsce wszystkie komiksy tego autora. Tym samym Lokator dołączył do grupy wydawnictw stricte książkowych, które poszarzeją swoją ofertę o publikacje z zakresu narracji wizualnych. Nicolas Presl to twórca dotychczas w Polsce nieznany. „Fabryka” jest pierwszą książką tego autora w naszym kraju. Aż dziw, że żaden z naszych rodzimych wydawców komiksowych nie sięgnął wcześniej po jego publikacje. Na zachodzie ukazało się łącznie 6 książek, większość w szwajcarskim Atrabile, ale także w renomowanym, francuskim The Hoochie Coochie.

„Fabryka” to prawie 200-stronnicowa opowieść o dyskryminacji i terrorze w państwie totalitarnym. Choć autor stara się, aby jego opowieść była uniwersalna, to oczywiście skojarzenia z Shoah są mimowolne i jak najbardziej na miejscu. Co prawda nie pojawia się nazwa żadnego państwa czy miasta, ale techniki inwigilacji, zastraszania i szykanowania są dobrze znane z kart historii. Prześladowana jest, ze względu na pewną anomalię anatomiczną, grupa ludzi, którzy są muzykami i pisarzami. Żandarmi są bardzo skuteczni, pomagają im także zwykli ludzie – konfidenci, którzy donoszą na dziwne zachowania sąsiadów i znajomych, dzielą się swoimi podejrzeniami, że ktoś gdzieś może ukrywać „niechciany element”.

W fabryce pracuje główny bohater opowieści Presla: samotny, postawny mężczyzna. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. Ogarnięty jest rutyną codzienności, która polega na stawianiu się rano w fabryce, odbijaniu kart/przepustki, przebieraniu się, udaniu na stanowisko 171, gdzie montuje pociski (bo oczywiście tytułowa „Fabryka” to zakład zbrojeniowy), w wyczekiwaniu na syrenę kończącą szychtę, potem powrót rowerem do domu. Pewnego dnia, gdy wraca z pracy, przed koła roweru wyskakuje chłopiec, ścigany przez żandarmów. Nasz bohater, pchany być może współczuciem, ratuje chłopca. Następnego dnia zabiera go ze sobą do pracy i tam ukrywa, niczym Jonasza we wnętrzu brzucha wielkiego wieloryba.

Czytelnik obserwuje, jak powstaje więź i zaangażowanie między bohaterami. Nie znamy powodu, dla którego mężczyzna zaopiekował się chłopcem. Jednakże z biegiem kolejnych stron jesteśmy coraz bardziej przekonani, że był to odruch dobrego serca. Zaangażowanie rośnie. Mężczyzna martwi się o chłopca, troszczy o niego, żywi, dostarcza mu przedmioty, którymi tamten może się bawić, które go zajmują, rozbudzają wyobraźnię. Chłopiec nie pozostaje obojętny, także emocjonalnie się angażuje. Przejmujące są sceny, gdy się ściskają i tulą, ponieważ boją się o siebie wzajemnie.

Mimo że książka Nicolasa Presla drąży temat dobrze znany z tekstów kultury, robi to w przejmujący sposób, zarówno narracyjnie, jak i wizualnie. Karykaturalne postaci z kwadratowymi głowami, szpetnymi nosami, z rozbudowaną mimiką twarzy, teatralnymi gestami, chwilami w pomnikowych (statycznych) pozach, przekonują nas, że warstwa graficzna jest spójna z warstwą narracyjną. A historia opowiedziana przez autora, mówi coś ważnego o nas, o naszym człowieczeństwie, o kondycji serca i duszy.

Nicolas Presl (scenariusz & rysunki), Fabryka, Wydawnictwo Lokator, Kraków 2013.

[scenariusz: 4+, rysunki: 5, kolory/cienie: 4]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren.


Jak i po co otwiera się okienko z błękitnym niebem

Jeśli urodziłeś się przed wojną a umarłeś po, to – nie ma siły – masz w sobie zadrę, i będziesz nosił ją przez całe życie. To smutne prawo, prawo wyobraźni. Możesz oczywiście próbować ucieczki, możesz nie pamiętać, ale swojej wyobraźni nie oszukasz. Do końca swych dni pozostaniesz ofiarą, taką lub inną, możesz krzywdzić innych, możesz dać skrzywdzić siebie lub w pewnym momencie po prostu stanąć z boku i odmówić dalszej współpracy zarówno z pamięcią, jak i ze światem.

Ota Pavel, reporter sportowy, dostał pomieszania zmysłów na igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku w 1964 roku. Jak sam pisze, „mózg mu się zaćmił… zobaczył pewnego pana jako diabła o spróchniałych zębach, [który kazał mu] podpalić zabudowania wiejskie, żeby rozproszyć mgłę”, a stało się tak, bo jego najsilniejszą i najsłabszą zarazem stroną była wrażliwość. Potem był szpital psychiatryczny, wielkie piguły, cierpienie jeszcze większe, walka bardziej zacięta niż na najbardziej brutalnym bokserskim ringu, i na końcu zwycięstwo. Los chciał, że wystarczające ledwie na to, aby napisać, co miał (musiał?) napisać. Potem znowu „spłynęła mgła z Alp”, zamknęło się okienko z błękitnym niebem i było już po wszystkim, a najbardziej po pewnym reporterze sportowym.

Dlaczego o tym piszę, skoro to takie smutne i nie brzmi najlepiej? I jeśli wiadomo, że smutek jest, jeśli nie brzydki, to niepopularny w naszym kolorowym, wygodnym i w zasadzie beztroskim świecie? Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie można o tym nie napisać, bo „Śmierć pięknych saren” – na który składają się dwa tomy opowiadań – jest prozą stricte autobiograficzną, nie można więc nie odnieść się do jej głównego bohatera.

Ota Pavel (fot. http://www.radio.cz)

Drugi powód jest nieco innej natury i zdecydowanie trudniej go przedstawić. Chodzi mianowicie o to, że w omawianej książce nie ma ohydy wojny, a przynajmniej nie ma jej w takim wyobrażeniu, jakie zazwyczaj towarzyszy temu tematowi. Jest wprost przeciwnie, odnajdujemy tu raczej dość dobre obrazy, mało tu śmierci a wiele życia, i to takiego jasnego i pogodnego; życia, w którym szuka się radości małych i tych większych. Inaczej, oba zbiory opowiadań przenoszą swych czytelników do jaśniejszej strony świata, pozwalają zobaczyć go przez kolorowe szkiełko i wcale nie są fatamorganą. Tworzą rzeczywistość niemal bajeczną, w pewien sposób magiczną lecz – to ważne – nadal realną i prawdziwą. Tu właśnie znaleźć można największy smak książki – w połączeniu tego specyficznego sposobu patrzenia na rzeczywistość z prawdą o tym świecie. Taki rodzaj sprawozdania z rzeczywistości tłumaczy w jakiś sposób osoba autora i to, czego doświadczył w swoim życiu.

To wszystko razem wzięte daje ten rodzaj smutnego piękna, gdy smutek, ze strachu przed przeszłością, jest niewypowiedziany, a piękno liryczne, choć na pierwszy rzut oka może się wydać nieco sentymentalne i infantylne. Ale inaczej być nie może, kolorowe szkiełka są sentymentalne, co najmniej tak samo, jak jaśniejsza strona świata bywa infantylna. Ale czy w takim wypadku warto tam sięgać? To już jest indywidualne pytanie, na które Pavel odpowiada zdecydowanie twierdząco.

Na książkę składają się dwa zbiory opowiadań, „Śmierć pięknych saren” oraz „Jak spotkałem się z rybami”, których tłumaczenia dokonali odpowiednio: Andrzej Piotrowski oraz Józef Waczków. Pierwszy tom, od którego tytuł posiada cała książka, w przeważającej części dotyczy czasów przedwojennych i w dużej mierze osnuty jest na dziejach życia najbliższej rodziny i otoczenia autora. Na miejsce szczególne wybija się tu postać ojca, w tekście nazywanego „tatusiem”, nic dziwnego, bowiem Leon Popper był postacią nie tylko wdzięczną do opisu ale rzeczywiście, z całym dobrodziejstwem swych zalet i wad nadawał się do roli autorytetu dla syna-wrażliwca. Dość powiedzieć, że był to rekordzista świata w sprzedaży odkurzaczy, światowej rangi wędkarz, człowiek żyjący z pasją i wyobraźnią, często popadający w różne niezręczne sytuacje, czasem przy okazji takiego położenia nieco krzywdzący rodzinę, ale umiejący zdobyć się również na to, aby z tych tarapatów wychynąć – najczęściej przy pomocy żony Herminy. Spotkamy tu również innego pierwszoplanowego bohatera, mianowicie Karola Proszka, gospodarza wiejskiego, który udzielił rodzinie autora gościny na czas ucieczek z Pragi, tych wakacyjnych wilegiatur i takich przyjazdów na chwilkę w innych porach roku; jest to człowiek charyzmatyczny, zapalony rybak (co w tej książce oznacza zawsze wędkarza) i kłusownik, ale w obu przypadkach po pierwsze wysokiej klasy specjalista, a po wtóre człowiek z pewnymi żelaznymi zasadami, czasem przez to trudny, lecz na pewno piękny i ciekawy.

Autor przy pracy (fot. http://www.ceskatelevize.cz)

Mamy tu także sporo przedwojennej Pragi, a w niej lekko opowiedziane życie społeczne, w tym wypadku szczególnie polecam Państwa uwadze epizod z malarzem Nechlebą i żoną dyrektora generalnego, czeskiego oddziału „Elektroluxa” Irmą (opowiadanie „W służbie Szwecji”), a także historię zakupu stawu (opowiadanie otwierające książkę „Najdroższa w Europie środkowej”). Jest tu wiele, nawet bardzo wiele opowieści i historii, i niemal wszystkie wciągają, śmieszą, a nade wszystko przenoszą w ten dawny, zdawałoby się, zapomniany świat. Pojawiają się również „czasy pogardy”, lecz Pavel nie epatuje wojną, a raczej jak tylko może unika tego tematu. Jest to, być może, tym bardziej zatrważające, bo zło tamtych czasów przybiera postać jedynie okoliczności, jest jakby tylko scenerią, czymś co jest i z czym trudno walczyć, bo kwestionować rzeczywistość to wariactwo…

Drugi tom opowiadań, „Jak spotkałem się z rybami”, jest znacznie bardziej osobisty, jeśli w ogóle jest to możliwe. Dzieje się tak przynajmniej w kontekście treści opowiadanych przez Pavla. W większej lub dominującej mierze dotyczy jego życia, a nie jak wcześniej życia osób z jego otoczenia, choć te osoby nadal pozostają postaciami występującymi w opowieściach. Zmienia się tylko języczek u wagi, dość to zrozumiałe, bo gdy w pierwszym tomie dominowało dzieciństwo, tak w drugim palmę pierwszeństwa posiadają czasy dorosłości Pavla. Mamy tu opis włóczęgi z czasów młodości, pobytu z żoną w Bułgarii, miły, zapewne, czytelnikom z naszego kraju, wątek polski (wizyta na łodzi podwodnej) oraz opowieść o „złotych węgorzach”, bardzo zmyślnie w fabule ułożoną. Większa część opowiadań dotyczy czasów powojennych, ale zarówno w tej części książki, jak i pierwszej, autor nie trzymał się ściśle tego podziału. I dobry to zamysł, bo przecież nie o czas pogardy chodzi, ani o czas w ogóle żaden, a o pewien specyficzny sposób obserwacji świata, i pewną umiejętność życia, którą Pavel chce nam przekazać.

Na rybach (fot. http://www.radio.cz)

W obu zbiorach opowiadań rzeczą najpopularniejszą są ryby, jeziora, rzeki i wędkowanie w obu znanych ludzkości opcjach, czyli legalne i kłusowanie. To, wydaje się, jest alfą i omegą pokazanego tu świata – a już na pewno jest tak, jeśli chodzi o świat mężczyzn. To świadectwo pasji i ulubienia autora oraz jego bliskich, ale może jest to coś więcej. Mianowicie rodzaj przenośni, która miałaby czytelnika informować, że dobro ukryte jest w prostych i naturalnych rzeczach i relacjach, i że właśnie tam trzeba sięgać, dla swojego i innych szczęścia.

„Śmierć pięknych saren” jest też pewnego rodzaju pieśnią o wolności, lecz pojmowanej niezbyt idealistycznie, za to realnie i w sposób budzący zaufanie czytelnika. Wolność – na stronicach wspomnień Pavla – jest tym czymś, czego nigdy całkowicie się nie zdobędzie, lecz tym bardziej należy o nią zabiegać i wykazywać radość, gdy uchwyci się choćby jej spłachetek, bo to tak jakby sięgnęło się nieba albo miało krótką rozmowę z aniołem. To rzecz nieczęsta, wymagająca wielu starań, ale przez to jeszcze bardziej cenna.

Świat przedstawiony w książce w jakiejś mierze jest na pewno satyrą na społeczeństwo, może nawet groteską, ale pozostaje przy tym tego świata apoteozą. Taki jest właśnie Pavel, taka jest jego proza; obfita w szczegółowe i wiarygodne opowieści, kunsztownie zbudowane, napisane z pewnego rodzaju humorem zawierającym w sobie dość znaczny element krytyki, ale w przesłaniu objawia się nam: życie jest fajne, ciesz się światem, ludźmi, i nie kombinuj za bardzo.

W całej książce narracja jest prowadzona w pierwszej osobie, przez co opowieść jest jeszcze bardziej wiarygodna. W pewnej części ta pierwsza osoba jest dzieckiem, mamy więc czasem pewną infantylność, jednak za sprawą kunsztu literackiego Pavla, a jeszcze chyba więcej jego empatii, nie przeszkadza to w lekturze. Owa perspektywa dziecięca jest chytrym zabiegiem literackim, dzięki niej rzeczywistość może być uproszczona, pozostając prawdziwą, a być może nawet nieco piękniejszą.

Jeśli opowiadania Pavla niosą jakieś przesłanie to brzmi ono mnie więcej tak: na pewno gdzieś za zakrętem czai się smutek, takie jest już życie, ale można stanąć, chociaż na chwilkę, na samym szczycie szczęścia i jest to naprawdę fajne. Brzmi jak truizm, podany w sosie sentymentalnym z infantylnymi przyprawami, lecz podczas lektury wcale nie wydaje się być takim.

Nie jest to proza ani wielka, ani kompletna, zwłaszcza literacko. Ale to książka świetna i godna polecenia. Pełno tu ciepłych emocji, pewnych pokrzepiających metafor i obrazów tyleż szczerych, co pięknych. W lekturze lekka i przyjemna, choć dotyka, wspomnianych wyżej, niełatwych tematów. A Ota Pavel? Cóż, dzięki tym wspomnieniom otworzył swe okienko i wygrał z chorobą, przynajmniej na chwilę, i chyba chciał nam podarować i tę metodę, i tę lepszą część swojej historii. Co zrobić z taką schedą? Wypada przeczytać i podziękować…

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978.

Dominik Śniadek

Bohdan Butenko, KrUlewna Śnieżka.


Kopciuszek z rozmiarem buta
Michaela Jordana

Nieczęsto piszemy o książkach dla dzieci, ale dzieje się tak wyłącznie z racji tego, że pozostawiamy ten przywilej tym, którzy znają się na rzeczy o wiele lepiej. Tym razem jednak poświęcimy parę słów książce dla dzieci, która nie do końca jest książką dla dzieci. Dla ciut starszych dzieci, tak chyba można to ująć. „KrUlewnę Śnieżkę” Bohdana Butenki zapowiada komunikat: Specjalnie dla Ciebie! Bez cenzury! Po raz pierwszy odkrywamy najpilniej strzeżone sekrety świata bajek! Oto jedyna prawdziwa wersja wydarzeń! Przeczytaj, jeśli masz odwagę!

Ów komunikat, wespół z niepokojącym błędem ortograficznym w tytule oraz charakterystyczną kreską autora, stworzył zapowiedź bajki nie do końca grzecznej. Na szczęście bajka jest niegrzeczna tylko do pewnego stopnia, a zastosowana z fantazją przez autora licentia poetica nie łamie podstawowych bajkowych zasad, a jedynie wzbogaca ich zawartość. A co najważniejsze – „KrUlewna Śnieżka” wciąż pozostaje bajką dla dzieci.

Bohdana Butenki ludziom starszego pokolenia przedstawiać nie trzeba. Zasłużony polski rysownik i ilustrator, komiksiarz, scenarzysta, autor książek, a także projektant lalek i dekoracji teatralnych (m.in. scenografia do Kabaretu Starszych Panów) znany jest dużym (już dziś) dzieciom z publikacji w „Świerszczyku”, „Płomyczku” czy „Misiu”. Postacie Gapiszona, Kwapiszona, hipopotama Gucia czy psa Cezara, niezliczona ilość rysunków do wierszy Jana Brzechwy, Juliana Tuwima, Wandy Chotomskiej, ilustracji do historii Adama Bahdaja, Kornela Makuszyńskiego, Rudyarda Kiplinga i wiele projektów książkowych okładek (polskich i zagranicznych) – na dorobek Pana Bohdana składa się niezliczona ilość prac graficznych i szereg innych publikacji.

„KrUlewna Śnieżka” to kompilacja czterech klasycznych bajek, opowiedzianych w sposób… nie do końca klasyczny. Na kartach książki spotkamy „Czerwonego kapturka” przeżywającego codzienne déjà vu (bajka myśliwska), „Kopciuszka” o imieniu Pan, który nosi rozmiar buta przeznaczony dla koszykarzy z ligi NBA (bajka obuwnicza), „Jasia i Małgosię” próbujących nie zagubić się w gąszczu… innych bajek (bajka wędrownicka), a także tytułową „KrUlewnę Śnieżkę”, którą doradcy zdesperowanego władcy ubierają w szpiegowskie ciuchy (bajka domyślna-niedomyślna).

Wszystkie bajki podane są w sosie własnym, w sposób intrygujący i dowcipny. Kolorowe strony autor opatrzył nieodzownymi rysunkami w liczbie „w sam raz”, zaś łańcuch nawiązań i powiązań uknuł w przemyślny sposób, co dla bystrych dzieciaków oznacza ni mniej, ni więcej tylko 168 stron wielkiej frajdy. Odejście od klasycznej formuły słynnych bajek to znakomity sposób na ich przypomnienie, a jednocześnie nauka przekazana najmłodszym, w jaki sposób język może bawić, uczyć, a jednocześnie opowiadać historie. Bo bajki to przede wszystkim historie, kto by tam się zastanawiał nad morałami?

Bohdan Butenko, KrUlewna Śnieżka, Nasza Księgarnia, Warszawa 2008.

 Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: