Adam Roberts, Opowieść zombilijna. Recenzja.


Dickens vs Zombie, czyli umarlaki na Święta

Żywe trupy lubią kino. Światowa epidemia wybuchła mniej więcej w latach 60. wraz z „Nocą żywych trupów”, trwając potem w „Świcie żywych trupów” i „Dniu żywych trupów”, na „Ziemi żywych trupów” wcale nie kończąc. George Romero nie sam jeden kochał się w zombiakach. Nieustannie powstają zombie-komedie, zombie-seriale, zombie-komiksy, są „Residenty” i „Martwica mózgu”, nawet Michael Jackson tańczył swego czasu z umarlakami. Wirus zombizmu nie odpuszcza –  szturmem zdobywa coraz więcej fanów i zatacza coraz szersze kręgi. Hordy zombie wkradają się do gier komputerowych, wkradają się i na ulice. Na całym świecie organizuje się tzw. Zombie Walk, urządza potańcówy w „klimatach” zombie i aranżuje zombie eventy. Siłą rzeczy oraz siłą umarłych – trupio zrobiło się także na książkowych kartkach. Wystarczy wspomnieć „Zombie Survival” Maxa Brooksa, „Miasto żywych trupów” i „Noc zombie” Briana Keene, parodię Jane Austen pt. „Duma i uprzedzenie i zombi” czy nasze rodzime „Przedwiośnie żywych trupów”. Umarlaków ci u nas dostatek – w każdej formie, w każdej konwencji, na dowolnym tle. Trupy pożarły ludzkie serca, pożarły i mózgi. Trupy pożarły także Dickensa.

A-Christmas-Carol„Opowieść wigilijną” pamięta każdy – czy czytał, czy nie, pewnie oglądał lub w największej ostateczności słyszał o najogromniejszym skąpcu w historii literatury, jakim to nazwać można Ebenezera Scrooge’a (nie mylić ze Sknerusem McKwaczem). Historia nocy wigilijnej, w której Scrooge spotyka duchy zeszłych, obecnych i przyszłych świąt, towarzyszy nam podobnie jak „Kevin sam w domu” – w niemalże każde Boże Narodzenie. Odświeżana wielokrotnie i w tym roku poddana została liftingowi. Jako że sięgnął po nią Adam Roberts – pisarz znany z poczucia humoru i umiłowania do parodii –  po „Opowieści zombilijnej” z powodzeniem możemy się spodziewać skeczów, gagów i dowcipów. Nic na serio. Parodii poddałby się zombiaki, Dickens i cała świąteczna otoczka.

Nie trudno się zorientować, że zombie apokalipsa nastaje tutaj wraz z wieczorem wigilijnym, a pierwszy umarlak po mózg kieruje się właśnie do domu Scrooge’a. Skąpcowi szczęśliwie udaje się wykaraskać z opałów, a zombiak Marleya dostaje po głowie pogrzebaczem. Na tym jednak nie kończą się zaskakujące wypadki. Jeszcze tej nocy odwiedzi Scooge’a kilku niespodziewanych gości. Będą to, jak w pierwowzorze, trzy duchy, a pokażą mu, kolejno – teraźniejszość (epidemia zaczyna się rozprzestrzeniać w Anglii), przyszłość (epidemia pokonuje wodną barierę i przedostaje się do Europy, potem opanowuje cały świat), przeszłość (wyjaśnienie zagadki epidemii i rola Scrooge’a w tym całym wariactwie). W ciągu tych dziwacznych trzech aktów wraz ze Scroogem będziemy obserwować, jak zombiaki pokracznie snują się po ulicach Londynu i nie tylko, zjadają mózgi (zjedzą go nawet samemu Dickensowi), a na wszystkie strony bryzga ludzka krew. Roberts, żartobliwie podchodząc do konwencji, stosuje cały wachlarz standardowych motywów znanych nam z filmów o zarazach – dudniące do drzwi ostatniego człowieka na świecie zombiaki, ludzi chowających się w schronach, głodnych, w łachmanach, poszukujących pożywienia, spustoszone ulice, zdewastowane domy. Tylko nie ma co oczekiwać od tych obrazków mrocznego klimatu i rozwiązań grozy. To parodia, więc Roberts korzysta z „zombiakowej” formuły w sposób lekki, jakby komiksowy. Daje sygnały, podsuwa kadry, ukuwa historię z samych symboli – nie rozwodząc się przy tym nad nimi. Bawi się – parodiuje – nie stosuje opisu, nie rozciąga wywodu. Im bardziej leje się krew – tym bardziej się śmiejemy. Wiele tu makabrycznego humoru sytuacyjnego, który mógłby się sprawdzić na ekranie czy kartach komiksu.

Dzien-zywych-trupow-filmTrzeba zauważyć, że epoka wiktoriańska sama z siebie nie podsuwa skojarzeń z żywymi trupami. Kiedy autor science-fiction osadza akcję powieści w XIX wieku, prędzej spodziewalibyśmy się wehikułów czasu, niż niezdarnych i łaknących ludzkiej krwi umarlaków. Roberts, jak się okazuje, świadomie wykorzystuje czas, o którym pisze, bo w drugiej części powieści wrzuca do swojego prześmiewczego wora Wellsa i podróże w czasie. Rozwiązanie wypadków zgrabnie spisuje w duchu steampunku, przez co jego powiastka finalnie tworzyć będzie swoisty, popkulturowy miszmasz znanych już konwencji. Dodajmy do tego zaskakującą i niejako zaczepną historię powstania zombiaków oraz giętki, humorystyczny język – a otrzymamy interesującą ksiażkę-produkt na Święta. Nie upatrujmy w niej wzniosłej i wysmakowanej genezy. „Opowieść zombilijna” to chwila (dosłownie chwila, mając na uwadze objętość „Opowieści”) czytelniczej zabawy, frajdy i oddechu. Na szczęście nie można zarzucić Robertsowi braku pomysłów i ubytków w warsztacie pisarskim. Dzisiaj, kiedy zombiaki ewoluowały gdzieś z marginesu do miana zjawiska, trendu i mody, wykorzystanie ich w swoich artystycznych pomysłach może być ryzykowne. Zakorzeniając się mocno w popkulturze i stając się same dla siebie karykaturami, stanowią coraz trudniejszy do wykorzystania materiał, któremu odbiorca powoli przestaje ufać. Za jakiś czas przejemy się tym całym zobilizmem – pozostaną tylko najwytrwalsi. A kiedy to się stanie, nie będziemy potrafili już przełknąć ani zombiaka więcej. Adam Roberts jeszcze zdążył na kolację – w dużej mierze dzięki zgrabnemu pomysłowi.

Adam Roberts, Opowieść zombilijna, tłum. Adrian Napieralski, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Dorota Jędrzejewska

Adam Roberts, Projekt Stalin. Recenzja.


Ufologia komunistyczna

Historia wygląda tak. Tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, w roku 1946, dyktator Związku Radzieckiego Józef Stalin wzywa do siebie w największej tajemnicy kilku najwybitniejszych rosyjskich pisarzy science-fiction. Zadanie, które im zleca (a będąc bardziej rzeczowym: rozkaz, który im wydaje) zdaje się być kompletnie zwariowane. Mają oni bowiem napisać dzieło, opisujące rychły atak obcych z kosmosu i nieuchronną zagładę, która nadejdzie w razie biernej postawy – nie tylko Sowietów, ale i całego świata.
Misterny plan ma posłużyć zjednoczeniu narodu radzieckiego w powojennym ciężkim czasie, zanim towarzysz Stalin znajdzie kolejny, bardziej realny cel, by poprowadzić następną wojnę. Propaganda ma zacieśnić komunistyczną świadomość obywateli. Pisarze, choć zdumieni, nie mając innego wyjścia – zabierają się do pracy. Po burzliwych dyskusjach powstaje wizja: wojna z kosmicznym najeźdźcą rozpocznie się od ataku na amerykański obiekt latający, po czym przeniesie się na Ukrainę. A ta, jak wiadomo, znajduje się pod protektoratem radzieckim. Po kilku miesiącach prace zostają zakończone, a pisarze pod groźbą śmiertelnej kary, odesłani i zmuszeni do milczenia.

W marcu 1953 roku Stalin umiera. Mroczne widmo, które zrodziło się w wyobraźni literatów, powraca niespodziewanie 33 lata później. Tuż po starcie rozpada się amerykański wahadłowiec Challenger. Do Konstantyna Skworeckiego, jednego z ówczesnych autorów fantastycznej historii, zgłasza się jedyny z żyjących jeszcze kolegów-pisarzy – niejaki Iwan Frenkiel. Twierdzi, że reprezentuje tajny departament KGB, zajmujący się rozpracowywaniem UFO. Oświadcza, że atak obcych się rozpoczął, a następnym celem ma być elektrownia jądrowa w Czarnobylu…

 

Fikcyjne i nierzeczywiste to nie synonimy

Po tak nakreślonym początku opowieści, spodziewać by się można obrazu wojen gwiezdnych, prowadzonych z kosmitami – zamiast rycerzy Jedi – przez walecznych i nieustraszonych braci Rosjan. Ogromnych statków powietrznych, ścierających się z samolotami typu MiG-21 czy Su-20; zielonych, krwiożerczych istot ginących od kul kałasznikowów; Syberii płonącej w ogniu laserowej pożogi. Moi drodzy, nic z tych rzeczy.
„Typowy ludzki błąd. Uważacie się za Frankensteinów, którzy stworzyli potwory. Ale potwory zawsze istniały. Nigdy nie zaszła potrzeba, by je tworzyć” – oznajmia Józef Stalin podczas jednego z monologów.
Choć „Projekt Stalin” zawiera w sobie długimi chwilami atmosferę znaną z klasycznej SF, jest w równoważnej części satyrą obrazującą absurdy realiów komunizmu. „Światy kreowane przez pisarza science-fiction nie zaprzeczają rzeczywistemu światu, one go antytezują” – wyjaśnia autor.

Pieczątka Barei

Konstantyn Andriejowicz Skworecki, pierwszoplanowa postać powieści, jest emerytowanym pisarzem fantastyki naukowej. Fizycznie zniszczony przez używki, psychicznie przez paranoję systemu – w wieku sześćdziesięciu kilku lat dogorywa w swoim mieszkaniu w Moskwie. Zarabia na życie, pracując jako tłumacz w organizacjach rządowych.

Punktem zwrotnym w jego wegetacji degenerata jest dzień, w którym podpalił sobie twarz zapalając papierosa, a katalizatorem okazuje się wódka, cieknąca Skworeckiemu po brodzie. Udaje mu się uniknąć śmierci, gasząc pożar na twarzy w śniegu zalegającym na parapecie. Postanawia, że resztę życia spędzi w bardziej godnym stylu i rezygnuje z picia wódki (papierosy okazują się nie do pokonania). Byłoby z korzyścią dla narodu polskiego, gdyby towarzysz Skworecki zdradził nam tajemnicę swojej przemiany – niestety, tej recepty nie znajdziemy na kartach powieści.

Projekt-Stalin

Ten zabawny, choć gorzki epizod, przytoczyłem, bo „Projekt Stalin” nasycony jest ogromną dawką ironicznego humoru, rodem wprost z filmów Stanisława Barei. Scena przesłuchania, postać Sałtykowa, którego ścisły umysł toczą obsesyjno-kompulsywne „dolegliwości” czy sarkazm, wydający się cechą wrodzoną głównego bohatera. Wszystko to w realiach Związku Radzieckiego czasów pierestrojki, z hasłami głasnosti i uskorienia, tworzy wybuchową mieszankę – literacki koktajl Mołotowa, jeśli już trzymamy się radzieckiej stylistyki. Permanentna inwigilacja, absurdalna biurokracja, kilometrowe kolejki do sklepów, nieustanne ogłupianie społeczeństwa. Trzeba przyznać, że Roberts – choć Brytyjczyk – doskonale poradził sobie z oddaniem immanentnych cech komunistycznej rzeczywistości ZSRR lat 80-tych. Jeśli dodamy do tego dickowski klimat oraz świetnie prowadzone dialogi, które są osią fabuły – dostajemy do rąk utwór literacko pełnowartościowy, słusznie nominowany do nagród Arthura C. Clarka oraz Johna W. Campbella za rok 2010.

Oryginalny tytuł utworu brzmi „Yellow Blue Tibia”, co jeśli weźmie się na wzgląd rosyjską fonetykę, tworzy znaczący i miły dla ucha homonim. Ciekawym proponuję pogłówkować, a czy uda się wpaść na rozwiązanie zagadki, czy nie – szczerze polecam sięgnąć po książkę Adama Robertsa. Miłośnicy wartkiej akcji, inteligentnej postmodernistycznej fikcji połączonej z filozoficznymi rozważaniami, elementami SF, satyrą i groteską napiętnowaną Vonnegutem – nie będą zawiedzeni.

Adam Roberts, Projekt Stalin, tłum. Adrian Napieralski, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: