Stanisław Lem, Solaris.


Coraz wymyślniejsze maski, a bohater ten sam

Takiej przyjemności to ja, w imię ojca i ducha, jeszcze w życiu nie miałem. Żeby gości z kosmosu podejmować? Z kosmosu? Który nie wiadomo, gdzie się kończy? Bo gdzie się ten kosmos kończy? Bo stół się, kurna, kończy tu! A gdzie się kończy kosmos?

(Janusz Gajos jako Janek, w filmie „Big Bang”  Andrzeja Kondratiuka)

Kontakt człowieka z obcą cywilizacją, inteligencją lub formą życia to wątek, który należy do najczęściej eksponowanych przez twórców science fiction. Żelazny trzon stanowią tutaj książki, których fabuła koncentruje się wokół inwazji Obcych na Ziemię. Na tle apokaliptycznych wydarzeń podpatrujemy różne modele społecznych postaw, wynikających z ludzkich lęków i spotkania z Nieznanym. Wspomnę tu przykłady XIX-wiecznej jeszcze „Wojny światów” Herberta George’a Wellsa (1898) – dziś uznawaną za literacką klasykę, „Władców marionetek” Roberta Heinleina (1951) czy „Koniec dzieciństwa” Arthura C. Clarke’a (1953). Utwory te mają najczęściej charakter alegoryczny – skupiają się tak naprawdę na człowieku, ziemskich problemach, konfliktach zbrojnych itp. „Wojna światów” odbierana jest dzisiaj jako przestroga i mroczna zapowiedź wybuchu I wojny światowej, a „Władcy marionetek”, gdzie Obcy przejmują kontrolę nad ludzkimi umysłami, to alegoria ewentualnej ówczesnej agresji ZSRR na Stany Zjednoczone. Druga grupa powieści skupia się na wizjach kolonizacji dalekich planet, najczęściej Marsa („Kroniki marsjańskie” Raya Bradbury’ego z 1950; z nowej polskiej SF „Mars” Rafała Kosika z 2009). Tam autorzy podejmują m.in. problematykę zysków i strat, różnic cywilizacyjnych, często także ludzkiej moralności i kształtującego ją systemu wartości. Heinlein pokusił się też o świetną książkę ukazującą proces odwrotny: „Obcy w obcym kraju” (1961) to historia człowieka wychowanego przez Marsjan, który wraca na Ziemię i nie potrafi dopasować się do XX-wiecznej Ameryki, zdławionej przez materializm i konsumpcjonizm.

Ilustracja wykonana przez Rudolfa Eizenhöfera do, jak sam twierdzi, jego ukochanej książki

„Solaris” Stanisława Lema – jedna z najważniejszych powieści science fiction, której poświęcono dziesiątki innych książek, setki analiz i monografii – nie mieści się w ani jednej, ani drugiej formule. Antoni Smuszkiewicz napisał we wstępie do książki poświęconej Lemowi, że „o autorze Solaris nie można wiedzieć wszystkiego, bowiem jeśli uda się uchwycić jego ideę, ona ucieka i jest już gdzie indziej”.

W świetle mnogości interpretacyjnej utworu, który skonstruowano tak, że większość hipotez wzajemnie się wyklucza, jest to bodaj najtrafniejsza konkluzja, jaką można wysnuć po lekturze najgłośniejszej książki Lema. Jerzy Jarzębski w posłowiu dodaje, że „pozycja, jaką powieść zajmuje w historii gatunku, wynika jednak stąd głównie, że Lemowi udało się stworzyć nie tylko szczególnie oryginalną wizję partnera Kontaktu, ale też model literatury, w której dramat poznania Nieludzkiego wtopiony jest organicznie w strukturę fabuły”.

Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. Jedne planety mają być pustynne jak Sahara, inne lodowate jak biegun albo tropikalne jak dżungla brazylijska. Jesteśmy humanitarni i szlachetni, nie chcemy podbijać innych ras, chcemy tylko przekazać im nasze wartości i w zamian przejąć ich dziedzictwo. Mamy się za rycerzy świętego Kontaktu. To drugi fałsz. Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster. Nie wiemy, co począć z innymi światami. Wystarczy ten jeden, a już się nim dławimy.

W pobliżu Solaris – kadr z filmu Stevena Soderbergha (2002)

Kosmiczna stacja badawcza zostaje zawieszona w bezpiecznej odległości od planety Solaris, którą ziemscy naukowcy próbują rozgryźć od wieku. Na planecie daje się zaobserwować dziwną formę życia pod postacią plazmatycznego, solarystycznego oceanu, posiadającego niezbadane do końca właściwości. Pozwalają one w dziwny sposób wpływać na umysły badaczy, którzy robią wszystko, aby skontaktować się z obcą formą inteligencji. Na stację przybywa młody psycholog, Kris Kelvin, od lat zaangażowany w badania nad Solaris. Już na miejscu zastaje dziwną sytuację, zaś jego współpracownicy – cybernetyk Snaut i fizyk Sartorius – zaskakują go irracjonalnym zachowaniem, balansując na granicy paranoi i szaleństwa. Ponurą atmosferę pogłębia wiadomość o samobójczej śmierci głównego przełożonego badaczy – Gibariana. Jak się ma okazać, ocean podsyła solarystom tzw. „twory F” – przypominające do żywego ludzkie stworzenia bezpośrednio powiązane z życiem naukowców. Nie są to zjawy, jak błędnie wskazują niektórzy czytelnicy, ponieważ są wytworami fizycznie namacalnymi. W przypadku Kelvina jest to Harey – jego była partnerka. Odtrąciwszy jej uczucie, mężczyzna nieumyślnie pchnął ją do samobójstwa. To trauma, z którą od lat żyje, z którą trudno mu się pogodzić, która z niewiadomego powodu powraca – dosłownie rzecz ujmując, przywrócona do życia przez ocean Solaris.

Co to są twory F? To nie są osoby ani kopie określonych osób, tylko zmaterializowane projekcje tego, co na temat danej osoby zawiera nasz mózg.

Twory F w niewytłumaczalny sposób wydają się być „nieśmiertelne” – próby unicestwienia ich wszelkimi ziemskimi sposobami spalają na panewce. Dla skrupulatnego Sartoriusa, który nie wyobraża sobie z perspektywy człowieka nauki braku kontroli nad właściwym biegiem wypadków, głównym celem staje się stworzenie anihilatora – urządzenia likwidującego twory F. Z wolna popada w obłęd, zamykając się we własnym pokoju i prowadząc rozmaite badania. Snaut ucieka w alkohol, ukrywając swoją zjawę przed pozostałymi. Jedynie Kris nie ukrywa obecności Harey – co więcej, wydaje się, że pomiędzy nim, a „zmartwychwstałą” kobietą na nowo rodzi się uczucie, pomimo tego, że mężczyzna ma świadomość nieludzko zaawansowanej, ale jednak iluzji. Geniusz Lema dokonuje na kartach „Solaris” syntezy ambiwalentnych konwencji: oto mamy naukowca, który z własnej woli oddaje się we władanie kobiecego mirażu, stając się przy tym tragicznym romantycznym kochankiem wyjętym żywcem z kart XIX-wiecznych powieści – toczącym wewnętrzną walkę o prawo uczucia do czegoś, co nie ma prawa istnieć. Cierpienie Krisa Kelvina nie usuwa jednak na dalszy plan sprawy Kontaktu, a „Solaris” nie staje się romansem. Mamy tu raczej do czynienia ze stopniową psychoanalizą bohatera, której punkt kulminacyjny będzie miał miejsce w ostatnich scenach książki.

 

„Wykroczenie poza zwykłość ludzkich ładów proponuje też sama fabuła powieści, w której romansowe zdarzenia w tak widomy sposób okazują się maską, pod którą rozgrywa się zupełnie inny dramat – kruszenia właściwych człowiekowi standardów rozumienia i oceny rzeczywistości” – pisze Jarzębski.

Apokryficzna dokumentacja Solaris jest źródłem bliższego poznania planety. Pierwszoosobowa narracja prowadzona przez Kelvina jest przeplatana cytowaniem fragmentów książek, monografii lub relacji solarystów dokonanych na przestrzeni lat. Wielkie wrażenie robią opisy samej planety – ogromnego oceanu, którego zjawiskowości nie sposób porównać do niczego co ziemskie, a wszelkie próby tegoż ulegają w dużym stopniu subiektywnemu zniekształceniu. Żywe barwy oceanu, zachody dwóch słońc rzucających rdzawe lub niebieskie poświaty, klaustrofobiczny charakter stacji i gęstniejąca atmosfera – wszystko to pogłębia somnambuliczny przebieg zdarzeń. Miejscami bohaterowie sami nie wiedzą, gdzie się kończy sen, a zaczyna jawa.

Solaris w filmie Andrieja Tarkowskiego (1972)

Nigdzie bodaj wyobraźnia i umiejętność pospiesznego tworzenia hipotez nie staje się tak zgubna. W końcu wszystko jest na tej planecie możliwe. Niewiarygodnie brzmiące opisy konstelacji, które tworzy plazma, są według wszelkiego prawdopodobieństwa autentyczne, chociaż na ogół niesprawdzalne, ocean bowiem rzadko kiedy powtarza swoje ewolucje. Obserwującego je po raz pierwszy przerażają głównie obcością i ogromem; gdyby występowały w małej skali, w jakimś bajorze, uznano by je zapewne za jeszcze jeden „wybryk natury”, przejaw przypadkowości i ślepej gry sił. To, że miernota i geniusz stają jednakowo bezradni wobec nieprzebranej rozmaitości solarycznych form, też nie ułatwia obcowania z fenomenami żywego oceanu.

W „Solaris” Lem zajmuje stanowisko, które odnaleźć można w wielu jego innych książkach – a mianowicie, że jak na razie nie jest możliwe spotkanie człowieka z odmienną od naszej inteligencją czy cywilizacją. Kluczowe nie są tu braki technologiczne – sama eksploracja kosmosu jest możliwa, ale szukając obcych form życia, człowiek tak naprawdę szuka samego siebie, ewentualnie formuły, w którą mógłby odkrytą Inność wtłoczyć. „Nie szukamy nikogo oprócz ludzi. Nie potrzeba nam innych światów. Potrzeba nam luster.” – mówi Snaut. A gdyby tak odwrócić lustro? Gdyby tak obca forma inteligencji zawitała do nas – w celach nie inwazyjnych, ale poznawczych? Gdyby zdarzyło się tak, jak w komediodramacie „Big Bang” z 1986 roku, że na polu polskiej wsi ląduje nocą statek kosmiczny? Niezapomniany Pan Kazio ustami Romana Kłosowskiego nie pozostawia w tej kwestii najmniejszych wątpliwości: „Człowiek z człowieka mydło wyprodukował i tym mydłem oblicze swoje obmył. Jest się czym pochwalić przed gośćmi z kosmosu…”.

Stanisław Lem, Solaris, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk 

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe. Recenzja


Krzywe zwierciadło, które nigdy się nie kurzy

Sięgając po kilku latach po „Dzienniki gwiazdowe”, trudno dać wiarę, że premierowe opowiadania o przygodach Ijona Tichego powstały już grubo ponad pół wieku temu. Ponadczasowa oryginalność, odnosząca się zresztą do większości utworów Stanisława Lema, daje do myślenia nie tylko na płaszczyźnie literackiej – każe się bowiem zastanowić, czy Lem to tak zręczny pisarz, który potrafi zakonserwować w podszytych ironią i groteską „Dziennikach…” mętne studium ludzkiej cywilizacji, czy też wybitny futurolog sięgający na wskroś w przyszłość, dając do zrozumienia, że gwiezdne podróże Ijona Tichego to nie tylko zabawa dla inteligentnego czytelnika. I jedno, i drugie w równym stopniu jest prawdą.

Celnie ujmuje to w posłowiu krytyk i historyk literatury, wytrawny znawca Lema Jerzy Jarzębski, przedstawiając postać Ijona Tichego – obytego we wszechświecie gaduły, złaknionego wiedzy podróżnika i poszukiwacza przygód – jako kompilację Barona Münchhausena i Guliwera:
„Na pierwszy rzut oka więcej jest w Tichym z Münchhausena: jego przygody mają charakter nieprawdopodobnych a uciesznych przypadków, w których na pozór bardziej chodzi o zabawienie czytelnika i groteskową autoreklamę niż o zysk poznawczy, w samym zaś podróżniku trudno uchwycić proces dojrzewania i wewnętrznej przemiany” – pisze Jarzębski.

Taka jest większość z wcześniejszych przygód Tichego. W Podróży jedenastej trafia on na planetę Karelirię rządzoną przez potężny elektroniczny mechanizm – Jego Induktywność Kalkulatora Elektrycego Pierwszego. Planetę zamieszkują „fałszywe roboty”, a jak się można szybko domyślić – za całym zamieszaniem i haniebną maskaradą stoi człowiek, jego chciwość i pycha.
„Jak to jednak miło pomyśleć, że tylko człowiek może być draniem” – powie Ijon Tichy i myśl tę będzie można odnieść do wielu innych podróży.

Stanislaw-LemI tak – w Podróży czternastej zwiedzimy z Tichym planetę Enteropię i zapolujemy na kurdle – istoty, które dawno temu uratowały ludziom skórę w zabójczych okresach strumów meteorytów. Ludzka pamięć jest zawodna, a niewdzięczność powszechnie znana, więc nawet Tichy przez pewien czas nie ma świadomości, w czym zgodził się wziąć udział.

Podróż dwudziesta pierwsza to z kolei filozoficzna rozprawa po wizycie Tichego na Dychtonii. Zapobiegliwi mieszkańcy tej dziwnej planety posiedli wręcz nieograniczoną moc tworzenia i przeobrażania swoich ciał we wszystko, co zechcą. Sytuacja wydaje się wymarzona, aż na usta samo ciśnie się pytanie: „Czegóż chcieć więcej?”. Odpowiedź okazuje się prozaiczna, ale jednocześnie w groteskowy sposób przerażająca. Trzeba bowiem chcieć chcenia albo przynajmniej wiedzieć, czego się tak naprawdę chce. Podobny wątek, choć podany w bardziej technologicznym (a momentami nawet technokratycznym) sosie, podejmuje w opowiadaniu „Linia oporu” Jacek Dukaj [vide: recenzja zbioru opowiadań „Król bólu”], którego bohaterowie w świecie opływającym luksusami poszukują… sensu życia. U Lema okazuje się, że przepis na udane życie posiadają nie jednostki na najwyższym poziomie cywilizacyjnym, a rozumne roboty z niższego szczebla ewolucji. Zakładają własny zakon, wierzą w Boga, ale nie poszukują Absolutu; przeciwnie – niczego od tego Boga nie oczekują. Teologiczne rozprawki i motyw stwórcy/demiurga (tak ręki boskiej, jak i ludzkiej, która za boską pragnie się uważać) jest obecny w kilku innych podróżach oraz w późniejszych „Wspomnieniach Ijona Tichego”.

W lwiej części opowiadań przebija za to kpina z „ziemskiego porządku”, hierarchii ludzkich wartości, głupoty jednostek i społeczeństw. „W tych wczesnych opowieściach Ijona Tichego autor rozdawał razy na wszystkie strony: obrywali od niego zgodnie z wymogami epoki amerykańscy militaryści i kapitalistyczni przedsiębiorcy; swoje otrzymywali też jednak ideolodzy wschodniego obozu, tyle że w formie zgrabnie zamaskowanej” – pisze polski krytyk. Igraszki ze stalinowską cenzurą i zakamuflowana drwina bardzo bawiły Lema, a jego niesamowity warsztat pisarski, nieograniczona wyobraźnia i – jak pisał Sławomir Mrożek – nieludzka wręcz inteligencja pozwalały pisarzowi zaglądać lwu w paszczę bez obawy. Bo lew spał, uśpiony snem głębokim przez zabawne z pozoru opowiastki o odległych planetach, robocikach i nieprawdopodobnych eksperymentach.

W Podróży trzynastej Ijon Tichy w poszukiwaniu niejakiego Mistrza Oh trafia na planetę Pinta zamieszkiwaną przez Rybitów. Aresztowany przez Rybicję zostaje odstawiony na Pantę – planetę, w której dla dobra mieszkańców „zlikwidowano całkowicie indywidualizm na rzecz społeczności”.
Podróż dwudziesta czwarta pozwala nam dokonać obserwacji społeczeństwa Indiotów, które podzielone jest na Spirytów, Dostojnych i Tyrałów. Mechaniczny władca niezidentyfikowanej planety znajduje sposób na ogólnospołeczny dobrobyt poprzez wprowadzenie „absolutnego porządku”: obywateli układanych rzędami pod postacią standardowych krążków.

„Istny „żywy obraz” z moskiewskiego czy pekińskiego stadionu!” – zachwyca się Jerzy Jarzębski. A podstęp Lema polega na tym, że po pierwsze: rozwodzi się on nad urokami komunistycznych realiów, a po drugie: kpi z błędnych ekonomicznych rozwiązań kapitalistycznych, z którymi Zachód sobie nie radzi. W rzeczywistości zaś te problemy były już z grubsza rozwiązane, a prosty trick sugerował, że Lem o tym nie wie. Wyraz zdziwienia na jego twarzy uwiarygodniony był ponownie przez znakomite pisarskie sztuczki.

Teraz przechodzimy do drugiego wcielenia Ijona Tichego, tego który ma więcej z Guliwera. Obejmuje ono późniejszy okres przygód gwiezdnego podróżnika, a w omawianym zbiorze można zaliczyć do niego większość utworów zawierających się we „Wspomnieniach Ijona Tichego”.
„Tichy-Guliwer – raz jeszcze podeprę się słowami Pana Jarzębskiego: ten nie umie już kreślić swobodnie swoich karykatur, coraz lepiej wie bowiem, że groteskowy absurd i nierozwiązywalne problemy wpisane są w ludzką kondycję od samego zarania. Stąd tonacja późniejszych zwłaszcza opowiadań cyklu jest znacznie poważniejsza niż wprzódy.”

Wytrawny czytelnik nie będzie miał problemu z dostrzeżeniem zmian także w konstrukcji literackiej tychże opowiadań. Narracja z groteski przeradza się w pełne napięcia utwory, w których mroczna atmosfera budowana jest krok po kroku z elementów charakterystycznych dla opowieści grozy. Pełne śmiesznych stworków, robotów, gagów i satyrycznych wydarzeń planety zamienione są na tajne laboratoria, w których dokonuje się skomplikowanych badań genetycznych, ukryte w głębi lasu posesje odwiedzane przez Tichego w środku burzowej nawałnicy czy też twierdzę na Krecie, gdzie pewien naukowiec dokonuje mrożących krew w żyłach eksperymentów cybernetycznych.

Już wspomnienie oznaczone rzymską cyfrą I sugeruje literackie i merytoryczne przewartościowanie. Dylemat nazwany „skrzyniami profesora Corcorana” przedstawia hipotezę świata jako układającej się w piramidę hierarchii poziomu bytów, w której istoty wyższego poziomu tworzą i kontrolują te z niższego poziomu, władając tym samym całym ich światem. W zamian oferują im elektroniczną ułudę i oto mamy preludium do świata, który kilka dekad później powołali do życia bracia Wachowscy w „Matrixie”.

Space_(fot.NASA)Lem coraz wyraźniej zaczyna też słać przestrogi. We wspomnieniu III Tichy trafia przypadkiem, szukając schronienia przed burzą, do posesji demonicznego nerwusa – profesora Zazula. Garbaty karzełek zajmuje się klonowaniem żywych organizmów, a jego ukoronowaniem jego starań ma być sukces ostateczny – stworzenie w laboratoryjnej retorcie Homunkulusa. Przyjdzie mu się jednak przekonać coś, o czym zawsze było wiadomo, a czego naukowcy nie chcą pamiętać: że z Matką Naturą nie można bezkarnie igrać.

Podobnie będzie w przypadku fizyka Molterisa i jego maszyny czasu, a także doktora Diagorasa, który chce wcielić w życie marzenie cybernetyków z całego świata – samoorganizującą się substancję.

Sam autor odżegnywał się od porównywania Ijona Tichego z wielkimi literackimi poprzednikami. W komentarzu pisarza można przeczytać:
„Stylizacja głównego bohatera Dzienników, Ijona Tichego, na barona Muenchausena, czy Guliwera, nie była świadomym zabiegiem pisarskim, mojej pracy nie poprzedzały żadne teoretyczne założenia, nie szukałem żadnych prefiguracji, wzorców, paradygmatów, tak jak rzeka nie antycypuje swojego koryta. Moje utwory pisały się same, byłem czym w rodzaju racjonalnie pracującego medium, ale nie przetwarzałem jakichkolwiek przedustawnie powziętych planów.”

„Dzienniki gwiazdowe” czytane dziś nie tracą ani krztyny na literackiej wartości. Przeciwnie: czytając o cywilizacyjnych i technologicznych problemach, o których wiele lat temu pisał Lem, nie mogąc przecież założyć ich jako pewnik (choć wiele z nich przewidywał), ma się wrażenie obcowania z krzywym zwierciadłem. Z jednej strony bowiem zabawna nuta i groteskowy styl każe mieć dystans i bawić się ludzkimi błędami, wynaturzeniami, z drugiej jednak strony, kiedy groteska zaczyna przechodzić w poważniejsze tony, krzywe zwierciadło z beczki śmiechu zamienia się w mroczny gabinet luster. Natura ludzka snuje się tu i ówdzie, szukając najczęściej wyjść najprostszych, ale Stanisław Lem wiedział, że sama z sobą i tak nigdy się nie upora. Dlatego z nią igrał, tworząc kolejne arcydzieła. Spore fragmenty „Dzienników gwiazdowych” także są jednym z nich.

Stanisław Lem, Dzienniki gwiazdowe, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

Marcin Wolski, Wilk w owczarni. Recenzja.


Alfredo Derossi – zanim stał się Il Cane

Marcin Wolski to człowiek-orkiestra. Pisarz, dziennikarz, felietonista, historyk, radiowiec (przez pół roku pełnił funkcję dyrektora Programu I Polskiego Radia), twórca ponad dwudziestu powieści i kilkunastu zbiorów opowiadań, znakomity satyryk. Współautor słynnego w latach 90-tych programu Polskie Zoo, parodiującego polską scenę polityczną. Właśnie za teksty satyryczne był wielokrotnie nagradzany, w tym także trzy razy nominacją do nagrody Zajdla – za satyryczne utwory science-fiction, m.in. w 2000 roku za „Psa w studni”, gdzie po raz pierwszy pojawił się Alfredo Derossi.

Alfredo Derossi to zaś jego ulubiony bohater, niektórzy powiadają, że alter ego pisarza. Dlatego po przeszło dekadzie znów pojawił się na kartach powieści Wolskiego. Od czasów „Psa w studni” (i późniejszej „Rekonkwisty”) minęło sporo czasu, a „Wilk w owczarni” zapowiadany jest jako zakończenie trylogii. Tytuł zaczerpnięty jest ze słynnego średniowiecznego Dekameronu Giovanniego Boccaccio.

„Wilk w owczarni” podzielony jest wyraźnie na dwie części. W pierwszej śledzimy losy młodego Alfredo, który dojrzewa i wchodzi w dorosłe życie. Na swojej drodze spotyka Il dottore, który staje się jego mistrzem, nauczycielem i życiowym przewodnikiem po XVII-wiecznej Europie. Wprowadza go w świat nauki, podsuwa do czytania klasyczne dzieła, rysuje przed młodzieńcem złożone myśli starożytnych filozofów, ujawnia arkana zakazanej wiedzy, alchemii. Preceptor zwraca się do Derossiego słowami: „Wiesz dostatecznie sporo, aby podejrzewać, że nic nie wiesz”.

Tłem wydarzeń jest renesansowo-barokowa Europa, bohaterowie Wolskiego podróżują po Italii, Helwetii, przemierzają Alpy, Morze Śródziemne. Smakują paryskiego życia, praskich podziemi, a nawet najstarszych tajemnic Egiptu. Ważny motyw stanowią tutaj apokaliptyczne wizje podsuwane oczom bohaterów, jakie mają być konsekwencją rozwoju technologicznego, nie idącemu w parze z rozwojem cywilizacyjnym od strony duchowej.
„Zrazu wszystko będzie wyglądało pięknie. Rozmaici mędrkowie będą badali reguły i mechanikę tego świata. Niektórzy uczynią to w imię Boga, twierdząc, że zamierzają przysporzyć mu jedynie większej chwały, inni po to, by poznawszy jego laboratorium, spróbować go zastąpić. A gdy się to uda (…) – uznają, że Stwórca jest im zbędny. Ogłoszą jego śmierć.” – prowadzi wywód jeden z bohaterów powieści.

WilkW drugiej części Alfredo Derossi, znany jako Il Cane, trafia na ziemie Rzeczypospolitej, w owych czasach państwa wielkiego i potężnego. Zostaje zamieszany w spisek dotyczący życia króla Zygmunta III Wazy. Autor bawi się w tworzenie alternatywnej historii Polski; wskazuje błędy, jakie popełnili Polacy, co w konsekwencji oznaczało późniejszą utratę nie tylko pozycji w Europie, ale przede wszystkim niepodległości.
„Żyli więc Polaczkowie jak u Pana Boga za piecem, spokojni o dziś, pewni jutra, przekonani o stałej, choć raczej nieuzasadnionej opiece Chrysta i jego Matki, zgoła niepomni, jak bolesne bywały doświadczenia innych narodów, wprzódy uważających się za wybrane. Jeśli, zgodnie z proroctwami zwierciadła, miały nadejść na ten kraj okropne termina, to trudno wyobrażać sobie lud równie do nich nieprzygotowany.” – pisze Wolski, pomny przyszłych wydarzeń, jakie wszyscy znamy z podręczników do historii. Efekt delikatnie psuje brak spójności, odniosłem momentami wrażenie, że te dwie historie zostały połączone ze sobą trochę na siłę, niekoniecznie tworząc bezwzględną całość.

„Wilk w owczarni” nie zostanie najlepszą powieścią w dorobku Marcina Wolskiego. Nie oznacza to bynajmniej, że nie warto po nią sięgnąć. Na każdym kroku widać wielką fascynację autora (historyka z wykształcenia) XVII-wieczną historią, co przekłada się na bardzo plastyczne opisy realiów, stylizowany, ale nieuciążliwy podczas czytania, język. Oczywiście jak na wybornego satyryka przystało, przez cały czas towarzyszy nam niewybredny humor – czasem subtelny, inny razem rubaszny.
Marcin Wolski to jeden z tych, nielicznych przecież, przedstawicieli polskiej literatury fantastyczno-naukowej, którzy przebili się do świadomości odbiorców głównonurtowych. Jego książki nadal czyta się bardzo dobrze – po prostu.

Marcin Wolski, Wilk w owczarni, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Rafał Niemczyk

Jacek Dukaj, Król bólu. Recenzja.


Pięć lat czekali miłośnicy prozy Jacka Dukaja na „Króla bólu”. Zaczęto już nawet mówić o powieści-widmo, która nigdy nie powstanie. Przyczyny zwłoki omawia sam autor w postscriptum tego ogromnego zbioru opowiadań. „Skutkiem ubocznym jest literacki kształt tej książki jako kolekcji utworów pisanych przez autora o tym samym nazwisku, ale różnej konstrukcji umysłowej” – pisze. Z literaturą Dukaja niełatwo się mierzyć. Zapraszam zatem bez zbędnych zapowiedzi. Szanowni Państwo, oto przed wami:

Wszechświaty Dukaja

Opowiadanie „Linia oporu” jest wizją świata zdegenerowanego… luksusem. Ten świat nie jest ponury, wręcz przeciwnie: zaawansowana technika nie pozwala, by było w nim miejsce na choroby, starość czy brak pieniędzy. Ludziom do bezproblemowego funkcjonowania nie brakuje w zasadzie niczego. Poza jednym szczegółem, nieuchwytnym dla materialnego postrzegania rzeczywistości. Sensem życia. Pierwszoplanowy bohater zajmuje się zawodowo kreowaniem takich sensów, jest fachowcem w tym, co robi. Zbiegiem okoliczności zostaje wplątany w niejasną intrygę.

„Linia oporu” w dużej części napisana jest w konwencji scenariuszy gier komputerowych. Społeczeństwo, uczestnicząc w niepowtarzalnej „grze”, jaką jest życie, zdobywa rozmaite punkty: charyzmy, przyjaźni, sympatii, szczęścia itp. W każdej chwili można dostosować do sytuacji słyszalne dźwięki, a nawet muzykę „w tle wydarzeń” (Soundtrack: Ennio Morricone, „The Good, The Bad and The Ugly”). Kluczowe staje się pytanie: po co coś robić, skoro nie trzeba? Dukaj porusza w opowiadaniu przeróżne wątki: szczęśliwej (lub nieszczęśliwej) rodziny, zacofania intelektualnego na wsi, małżeństwa, dzieciństwa, w rozdziałach IQ i Postnihilizm analizuje los ludzi superinteligentnych, człowieka jako tworu kulturowego, problem nieśmiertelności, języka. Jest tego naprawdę sporo i czasami można się poważnie zagubić. Zwłaszcza, że narracja często wymyka się zupełnie spod klucza standardowej prozy, popadając w morze neologizmów, derywację i różnego rodzaju słowotwórcze eksperymenty Dukaja. Są one jednak z reguły udane, i nawet tracąc w pewnych momentach orientację, czytelnik we właściwym momencie jest w stanie złapać koło ratunkowe – rzucone przez autora w postaci nowego akapitu.

Universe-Misti-ComaCluster (nasa.gov)

Podobnie ma się rzecz z tytułowym „Królem bólu i pasikonikiem”, w którym Dukaj rozprawia się z problemem światowego terroryzmu. Większość postapokaliptycznego świata pokrywa „dżunkla”: biosfera (czy coś jej bliskiego) sztucznie wytworzona przez organizacje terrorystyczne. Azylem pozostają tereny Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, gdzie mieszkańcy żyją „pod kloszem”, czasowo zabezpieczeni przed zagrożeniem. Jedynym sposobem na „zwiedzanie świata” i urozmaicanie sobie życia są wyprawy i spotkania za pośrednictwem „proksyku”. Niemniej intrygująca jest postać głównego bohatera, obdarzonego nadludzką wrażliwością i wyobraźnią „plastusia”, który cierpi niewyobrażalne męki za sprawą najlżejszych doznań percepcyjno-fizycznych. I tak, niewyobrażalny ból potrafi sprawić mu zarówno widok pięknego wschodu słońca, światła wpadającego przez niezasunięte szczelnie zasłony, jak i czyjegoś najdrobniejszego gestu, choćby był to przyjacielski uścisk. „King of Pain”, bo takim nickiem posługuje się w sieci (od tytułu piosenki The Police), ucieka więc bez reszty w świat cybernetyczny. Tam przeżywa sztucznie wygenerowane przygody, poznaje przyjaciół, kobiety, uprawia seks, chodzi na przyjęcia. Dukaj łączy w tym wypadku cierpienie upadającego świata z cierpieniem pojedynczego człowieka, zaś finał tej „imprezy” wbije w fotel nawet największych przeciwników science-fiction.

„Aguerre w świcie” to chyba najtrudniejszy w odbiorze utwór, mogący przysporzyć kłopotów nawet rasowym odbiorcom fantastyki naukowej. To obraz ludzkości, która dokonuje podbojów galaktyki za pomocą tzw. „glejotyków” – ludzi, na których nie działają siły grawitacyjne, a oni sami potrafią nimi manipulować. Zjawisko to nazwane jest „Rzeźbą w czasoprzestrzeni”. W Aguerre City, żywokrystnej stolicy Zakonu Xenotyków, spokój zostaje zaburzony przez brutalne morderstwo na jednym z glejotyków – angielskim lordzie Amielu. Śledztwo prowadzi jego przyjaciel, a jednocześnie zarządca planety – Frederick Aguerre. Smaczku historii dodaje fakt, że Carla, wdowa po zamordowanym lordzie, jest kobietą, w której Aguerre zakochał się nieszczęśliwie od pierwszego wejrzenia. Miłość nie mogła się dokonać, gdy na jaw wyszły ukryte zdolności mężczyzny i ten został xenotykiem.
Linia fabularna tej mikropowieści jest równoważna z alternatywną wizją wszechświata, w odróżnieniu choćby od konstrukcji „Linii oporu”.

Stanislaw-Lem-3Najczulej koi starość maszyny – w hołdzie Lemowi

W tak rozległym i bogatym zbiorze nie zabrakło opowiadania napisanego w konwencji starej dobrej szkoły science-fiction. „Oko potwora” to ukłon i hołd złożony największemu polskiemu Mistrzowi SF – Stanisławowi Lemowi. Areną zdarzeń jest tutaj skolonizowany przez człowieka Układ Słoneczny, ale zasady panujące na statkach kosmicznych przywodzą jednoznacznie na myśl fantastykę w stylu retro. Mamy tutaj elementy marynistyczne z prozy Verne’a: palenie tytoniu, rozmowy przy rumie, sztukę, historię, prehistorię. „Pokolenia zastępują pokolenia, cywilizacje – cywilizacje, technologie – technologie, a nadal te same słowa budzą w ludziach tak samo silny rezonans” – pisze Dukaj.

Pierwszy Pilot statku pamięta „czasy, do których przetrwało jeszcze odrobinę z tego etosu odkrywców kosmosu, bohaterów przygody gwiezdnej. Ale teraz? Co to za atrakcja: miesiąc w tę, miesiąc we w tę, i tak bez końca w żelaznym więzieniu? (…) Są jeszcze zabytki z poprzedniej epoki, których wiąże z kosmolotami głupi sentyment, jak naszego kapitana”.
Autor ze „staroświecką czułością”, charakterystyczną dla powojennych mistrzów SF, opisuje statek kosmiczny: „…najbardziej uspokajają mnie przetarte izolacje, zdrapana farba, świst niewydolnej hydrauliki i szmer elektrycznych przekaźników, drżenie idące po blachach, najczulej koi starość maszyny.”

Oczywiście jeśli opowiadanie ma oddawać honory Lemowi, oprócz fantastyki nie mogło w nim zabraknąć refleksji filozoficznych. „Oko potwora” pełne jest rozważań cywilizacyjnych, odnosi się do pojmowania sztuki na Ziemi i w Kosmosie (zarówno piękna, jak i brzydoty), historii nauki i jej różnych rzędów: chemii, biologii, psychologii. Ilu z nas jawi się wszechświat jako oko potwora?

Dukaj podjął się też dziesięć lat wcześniej napisania opowiadania „Serce mroku”, w osobliwy sposób zainspirowanego słynnym „Jądrem ciemności” Josepha Conrada.

Jacek-Dukaj-by-Anna-Zemanek-2009„Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych”

Równie bliska Dukajowi jak Kosmos, jest nasza ukochana ojczysta ziemia. Polska bardzo często pojawia się w jego twórczości, pod wieloma postaciami, targana najczęściej odmiennymi alternatywnymi wizjami, o najróżniejszym społeczeństwie.
„Crux” to wizja naszego kraju za pięćdziesiąt lat. Rzeczpospolita z opowiadania Dukaja to państwo funkcjonujące wedle motta: „Raj ludzi pracy to życie bez konieczności pracy”. To kraj, w którym nanotechnologie zastąpią w ogromnym stopniu ludzką pracę. Masowe bezrobocie nie zabije jednak gospodarki, a tym samym społeczeństwa. Przeciwnie, osiągalne dla każdego staną się niezbędne do życia warunki: mieszkanie, jedzenie, leczenie, pomoc społeczna. Triumf proletariatu oznacza narodziny Ziomalstwa Socjału. Osiemdziesiąt procent społeczeństwa bez wahania zgadza się na takie życie. Z jednej strony mamy tutaj czysto humorystyczne podejście do tematu, parodiujące poprzez wizję autora Polskę nam współczesną – z drugiej zaś mistyczny, wręcz mesjanistyczny obraz tytułowego Cruxa, rewolucjonistycznego Boga Ludu dbającego o los swoich podwładnych.

Satyryczny obraz Polski oglądamy też w ostatnim opowiadaniu, zatytułowanym „Piołunnik”. Tutaj Dukaj bawi się peerelowską satyrą, zmieniając nieco wydarzenia z 1986 – roku katastrofy atomowej w Czarnobylu. Oto bowiem do siedziby Partii dochodzą niepokojące wieści, jakoby chmura radioaktywnego pyłu, niebezpiecznie przesuwająca się w stronę naszych granic, niosła ze sobą bardzo szczególne właściwości: budzenie z grobów zmarłych. Bohater opowiadania, ubek na garnuszku władzy ludowej, zostaje wysłany z misją do Krakowa. Ma za zadanie nie dopuścić, by przypadkiem do życia nie powrócili najwięksi z polskich władców spoczywających na Wawelu. Jego droga zamienia się w piekło, kiedy podróż uniemożliwiają hordy zombie (żołnierzy polskich, oficerów Wehrmachtu, rolników), wypełzające spod ziemi i z ochotą przystępujące do kolejnych batalii podczas „drugiego życia”. Druga część utworu to w sporej części uczta wyobraźni autora: pomieszanie czasów, kultur, ustrojów, aż po sam powrót do zarania dziejów.

Następca

Jacek Dukaj to niewątpliwie największa postać współczesnej polskiej fantastyki. Niesamowita wyobraźnia, poparta naukową wiedzą i wspaniałymi zdolnościami epickimi, tworzą wybuchową wręcz mieszankę. Niekiedy zarzuca mu się, że nie dzieląc swoich dzieł na mniejsze „kawałki”, sprawia problem czytelnikom, recenzentom, krytykom. Nagromadzenie materiału jest przeogromne jak na jedną książkę, co niejednego może zmęczyć. Lekturę „Króla bólu” można jednak z przymrużeniem oka przyrównać do przebiegnięcia maratonu: po minięciu linii mety, uzupełnieniu płynów i wyrównaniu pulsu, przychodzi czas na satysfakcję i samozadowolenie. Po przeczytaniu książek Dukaja dochodzą jeszcze inne emocje. Jednym z nich jest uczucie czerpania wiedzy i inspiracji z ogromnej skarbnicy pisarza. Tym drugim jest duma, że oto nasza generacja ma w pełni wiarygodnego następcę nieodżałowanego Stanisława Lema. Chodzi oczywiście o rangę pisania, niekoniecznie o treść ani formę. Dukaj to przecież niepowtarzalny indywidualista – jakie światy dla nas jeszcze stworzy?

Jacek Dukaj, Król bólu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010

Rafał Niemczyk

Tomasz Kopecki, Mediapolis. Recenzja.


Cała ta awantura… To wszystko z JEJ powodu. W ciągu jednego dnia wywróciłem do góry nogami całe swoje życie.
Chwilami zastanawiam się, czy przypadkiem nie zwariowałem. Wiesz, to chyba możliwe.

Tak tłumaczy powody swojego postępowania Abel – główny bohater świeżej książki autorstwaTomasza Kopeckiego pt. „Mediapolis”. Miłość do kobiety jest tu głównym elementem zapalnym fabuły i właśnie przez tę jedną niewiastę, całkowicie zresztą zepchniętą na marginalny plan powieści, rozgrywa się większość wypadków w historii o fantastycznym mieście przyszłości. Znowu wszystko przez kobietę. Należałoby zapytać, czym jednak jest to „wszystko”?

Abel i Anna to para kochanków egzystujących gdzieś pośród szarych, niebezpiecznych i przygnębiających murów kontrolowanego przez „chorą” władzę miasta. Abel to idealista. Z jego ust usłyszymy wiele krzepiących serca haseł o pielęgnacji „wolnej myśli” wśród uciśnionego społeczeństwa, o zawładniętych przez system duszach i walce z tymże systemem, o drodze do wolności „po trupach”, mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Anna natomiast to, jak pisze Kopecki, „po prostu kobieta”: z jednej strony twarda, doświadczona przez życie i tajemnicza, z drugiej zagubiona, łamiąca się, niedowierzająca ideałom. Anna to także centrum wszechświata Abla. On snuje opowieści o ich przyszłym, lepszym życiu, jest w stanie poświęcić dla niej całego siebie, zaopiekować się nią, ochronić przed wrogą rzeczywistością lecz niestety… Ona znika. Zostawia pożegnalny list i odchodzi, niemalże rozpływając się w powietrzu. W tym właśnie momencie rozpoczyna się „cała ta awantura”. Abel, stawiając wszystko na jedną kartę i paląc za sobą wszelkie mosty, zaczyna swoje poszukiwania. Droga do celu okazuje się jednak nie tylko podróżą detektywistyczną za śladem ukochanej, ale też krwawą i niebezpieczną walką z wrogim miastem.

„Mediapolis” to bowiem opowieść o pewnym mieście. Jego obraz w wizji Kopeckiego nasuwa jednoznaczne skojarzenia z takimi dziełami światowej literatury, jak „1984” G. Orwella czy „451 stopni Fahrenheita” R. Bradbury’ego, a także z opartym na podobnych chwytach fabularnych produktem X muzy – z „Equilibrium” w reżyserii K. Wimmera. Mamy tu zatem społeczeństwo kontrolowane, nieustannie obserwowane przez nieobliczalną i siejącą postrach władzę, „niewyłączalne” telewizory w każdym z mieszkań jako środek służący do rozsiewania propagandy, fałszywych informacji i „odmóżdżania” odbiorców audycji, eliminację jednostek wybitnych, redukcję wszelkich przejawów pełnowartościowej sztuki na rzecz niezrozumiałego bełkotu, a nawet palenie na stosie! Miasto jest wrogie, bezbarwne, budzące wstręt wśród swoich mieszkańców. Strach przechadzać się jego ulicami bez broni, ba! Strach przechadzać się jego ulicami nawet z bronią.

Odnajdziemy tu również buntowników, idealistów, rebeliantów kryjących się w podziemiach, standardowo planujących przewrót i obalenie władzy. Dla tej strony medalu niezależny Abel to niezwykle smakowity kąsek. Jego nieprzeciętny umysł, determinacja, umiejętność wychodzenia cało nawet z najbardziej beznadziejnych sytuacji, a co najważniejsze – zdolność wyłączania odbiorników TV, mogłyby pomóc doprowadzić buntowników do zwycięstwa nad zakonem – wrogą władzą. Z drugiej jednak strony właśnie te przymioty naszego wyjątkowego bohatera czynią go celem tejże niezadowolonej władzy, oraz innych różnego rodzaju oprychów i degeneratów, których udało mu się rozwścieczyć podczas swych poszukiwań. Abel nie ma więc łatwego życia, a jeden z jego bardziej emocjonujących etapów posłużył za szkielet sensacyjnej historii, jaką jest bez wątpienia „Mediapolis”. Bo…

Na próżno szukać w powieści Kopeckiego głębi czy rozbudowanych portretów psychologicznych postaci. „Mediapolis” to książka sensacyjna, trącąca nieco klimatem „Ściganego” w reżyserii Andrew Dawisa, czy „Uciekiniera” Stephena Kinga. Seks, przemoc i szybka akcja – pod taką etykietką można by umieścić ją na półce. Czytelnicze doświadczenie uczy, że najlepsze powieści tego typu zwykle pochłania się jednym tchem. Jest tak nie tylko z powodu prostego w przekazie języka, czy nieskomplikowanemu budowaniu fabuły, ale także dzięki kreowanemu systematycznie przez autora napięciu. W trakcie lektury drżymy więc o los naszego bohatera, jesteśmy ścigani wraz z nim, czy też wraz z nim ścigamy, emocjonując się napotykanymi przeszkodami czy zaskakującymi zwrotami akcji.

Niestety od „Mediapolis” nie możemy oczekiwać zbyt wielu emocji. Czegoś tu zabrakło. Choć mogłoby się wydawać, że Kopecki daje czytelnikowi wszystko, co mogłoby trzymać nas mocno w napięciu, czyli zaszczutego bohatera, morze trupów, mocne sceny rodem z Piły, to w rezultacie te elementy powieści, mówiąc potocznie, spływają po czytelniku jak po kaczce. Akcja, choć prowadzona szybko, nie pobudza wyobraźni. Oddanie strzału w sam środek czoła albo poderżnięcie gardła, akurat w tej książce nie wzruszają. Czy to ja jestem niezbyt wrażliwa, czy może to w konstrukcji powieści coś nie coś szwankuje?

Wydaje mi się, że jednym z podstawowych mankamentów „Mediapolis” są mało wiarygodne sylwetki postaci. Kopecki konstruuje je jakby nakreślał kalki kadrów filmowych czy komiksowych. Bohaterowie mówią, zachowują się, a nawet przybierają postawy bardzo konwencjonalne, stereotypowe, takie, o których czytaliśmy, czy które widzieliśmy już nie raz. W następstwie za prostymi przyczynami idą tu proste i przewidywalne skutki. Brak oryginalności, brak elementów zaskoczenia, cała masa frazesów i gdzieś już zasłyszanych banałów sprawia, że nie do końca można uwierzyć w wizję Kopeckiego, nie przekonuje ona czytelnika. Oprychy w świecie „Mediapolis” nie przerażają, nie wzbudzają grozy. Ich brutalne zagrania nie idą w parze z ich płaskimi charakterami czy schematycznymi kwestiami. Sam autor, zarysowując sylwetki niektórych ze swoich bohaterów pisze, że „cała postać wyglądała niczym wycięta z tandetnej historyjki obrazkowej” (Ulger) lub też „portret ten pokrywał się z odwiecznym filmowym stereotypem” (Rufus) i należy przyznać mu rację, bo niemalże wszystkie postaci w jego książce można by wcisnąć w ramy stereotypu.

Schematyczność w tej powieści nudzi. Oczywiście w „Mediapolis” znajdą się także i lepsze momenty. Na przykład fragment rozgrywający się w Instytucie Nauki potrafi nieco rozbawić swoją groteskowością i przerysowaniem. Nie zawsze jednak przerysowanie wychodzi tej powieści na dobre. Jest ona zatem pełna lepszych i gorszych momentów. Podobnie też można określić warsztat pisarski autora. Są w książce fragmenty, w których Kopecki jakby zaczynał pisać  „lekkim piórem”, by potem zamienić je na pospolity długopis, tworząc nieco nieudolne partie tekstu.

Na koniec recenzji należałoby spojrzeć na „Mediapolis” oczami fana postapokaliptycznej literatury. Po lekturze całej książki okazuje się, że niewiele mamy tu „czystego postapo” w standardowym jego rozumieniu. Czytając tę powieść, można jednak „powdychać” klimat nieprzyjaznego, przestępczego świata po katastrofie. Jeżeli ktoś ma więc ochotę „zaciągnąć” się oparami po Orwellowskiej klasyce, a także odetchnąć chwilę przy niezbyt wymagającym czytadle spod znaku sensacyjnej popkultury, może po „Mediapolis” sięgnąć bez obaw. Kto jednak w Tomaszu Kopeckim chciałby odnaleźć polskiego Orwella, cóż… Zawiedzie się.

Tomasz Kopecki, Mediapolis, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2009.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: